Gdzie kończy się siła, a zaczyna przetrwanie?

W tym wyścigu coraz mniej jest miejsca na oddech. Coraz częściej łapiemy zadyszkę. Coraz więcej przystanków chcielibyśmy zrobić po drodze. Nasz puls jest nieustannie przyspieszony, ale już tego nie dostrzegamy, mając przed oczami tylko kolejne zadania do wykonania. Któregoś dnia budzimy się nie poznając własnego życia. Czując się zakładnikiem we własnym świecie, zadając sobie pytanie “dla kogo to wszystko?”. I czy na pewno jesteśmy jeszcze z dzieckiem, czy tylko wokół niego? 

To może być pierwszy moment, w którym… coś zaczyna się zmieniać. Okazuje się, że nie jesteśmy niezniszczalni. Że jednak mamy granice, których często nie wyznacza nasza głowa, ale ciało tak. To ono najczęściej grozi nam palcem, jako pierwsze. To ono najczęściej mówi STOP, dłużej tak nie dam rady, zwróć na mnie uwagę. Czasem słyszymy je, gdy szepcze, ale znacznie częściej, dopiero gdy krzyczy. I wtedy krzyczymy razem z nim. Z bezsilności, rozgoryczenia, frustracji, rozczarowania. I choćbyśmy mieli największą motywację świata, nie jesteśmy już w stanie jej wykorzystać, bo nasze możliwości się wyczerpały. Bo ciało odmawia nam posłuszeństwa. Czujemy, że nie stanęliśmy na wysokości zadania, że zawiedliśmy, że nasze dzieci poniosą tego konsekwencje. Oprócz nich, zawiedliśmy także samych siebie, niebezpiecznie zbliżając się do krawędzi, a czasem ją przekraczając. 

To stłuczony talerz i wybuch płaczu z bezsilności. To atak paniki w samochodzie, którego pozornie nic nie zapowiadało. To poranki, kiedy czujemy, że nie jesteśmy w stanie wstać z łóżka. To codzienne czynności, które wyczerpują bardziej niż zwykle. A czasem kolejna diagnoza. Nie dziecka. Ale nasza własna. Badania pokazują, że rodzice i opiekunowie są szczególnie narażeni na wypalenie rodzicielskie, depresję i zaburzenia lękowe oraz różnego rodzaju dolegliwości somatyczne. Dlaczego znajdujemy się w grupie ryzyka? Odpowiedź zna każdy z nas. Czy jednak potrafimy spojrzeć na siebie z wyrozumiałością? Zaopiekować się sobą tak, jak zrobilibyśmy to w przypadku naszych dzieci? 

Czy może raczej karnety na basen kurzą się w szufladach; vouchery na masaż tracą datę ważności; lekarz rodzinny zapomniał, jak w ogóle wyglądamy; terminy badań okresowych dziwnie się rozciągnęły; zapomnieliśmy o wizytach, profilaktyce, higienie i zdrowym stylu życia? 

Tak często wydaje nam się, że tak można. Że to uzasadnione. W końcu robimy to z miłości, z chęci zaopiekowania się tymi, których kochamy. Cóż może być ważniejsze? Robimy to, czując chroniczne zmęczenie, takie, które nie mija po przespanej nocy, które jest częścią nas, które czujemy każdą komórką ciała, które płynie w naszej krwi. Robimy to, czując, że życie wymyka nam się z rąk, że mamy z nim coraz mniejszy kontakt, że coraz gorzej przetwarzamy docierające do nas informacje. Mgła mózgowa nie pozwala nam się skupić, zapamiętywać. Czujemy “pustkę w głowie” i dolegliwości psychosomatyczne. Często zajadamy emocje lub zupełnie zapominamy o jedzeniu. Często boli nas głowa, plecy, mięśnie. Często mamy problemy ze snem, infekcje, spadek odporności. Czy jednak możemy chorować? Czy może jest to “luksus” tylko dla wybranych? Bo kto wtedy przejmie opiekę? Kto nas wyręczy? Odciąży? Zastąpi?

Denerwujemy się na siebie. Na nasze ciało, które zawodzi. Jak mogło nam to zrobić? Właśnie teraz, kiedy jesteśmy najbardziej potrzebni? A potrzebni jesteśmy zawsze. Deprywacja podstawowych potrzeb sprawia, że mamy coraz krótszy lont. Wybuchamy z błahych powodów. Odreagowujemy na partnerze, na znajomych, na dziecku. A potem przychodzi ogromne poczucie winy, które z czasem staje się naturalnym elementem naszego wewnętrznego krajobrazu. Wszystko to razem piętrzy się i piętrzy. Rośnie i rośnie. A my, sukcesywnie dodajemy kolejne kawałki. Bywa, że tracimy zdolność do odczuwania radości. Rzeczy, które kiedyś cieszyły, stają się obojętne. Działamy, jak robot, pełen automatyzmów i niekończących się zadań do wykonania. I, czasem nawet myślimy: „Mam dość”, „Nie daję już rady”, „Chcę, żeby to się skończyło”. A zaraz potem pojawia się fala wstydu i samokrytyki, która zalewa nas po uszy. I błędne koło się zamyka.

Chcę Wam jednak powiedzieć, że upadek nie jest końcem. Jest (bolesnym) początkiem zmiany. To moment, w którym dociera do nas kluczowa prawda, która kryje się tuż za pytaniem „dla kogo to wszystko?”. I jak wygląda bilans zysków i strat? Bo może niebezpiecznie przechyla się na jedną stronę. Mówi się, że czasem trzeba sięgnąć dna by się od niego odbić. To dno u każdego z nas jest na innej głębokości. Różnie radzimy sobie z doświadczanymi trudnościami. Jedni dłużej potrafią trwać w dyskomforcie, inni jak najszybciej chcą z niego wyjść. Mówi się, że dobry ratownik, to żywy ratownik. A czy my próbujemy żyć, czy tylko przetrwać? “Jako tako”, “jakoś”. 

Świadomość, że toniemy, próbując ratować kogoś innego, jest pierwszym krokiem. Pierwszym, by zrozumieć, że maskę tlenową najpierw trzeba założyć sobie. Nie jutro, nie za tydzień. Teraz. I to nie jest egoizm. To warunek przetrwania. To fundamentalna zmiana myślenia, która zaczyna się od jednego, najtrudniejszego na świecie pozwolenia. Przyzwolenia, by zrobić coś wbrew wszystkiemu, czego nauczono nas o poświęceniu. Coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się niemożliwe. Przyzwolenia, by odwrócić wzrok od całego świata i po raz pierwszy od lat spojrzeć na siebie. 

Pierwszy krok do ratunku wcale nie polega na zrobieniu czegoś więcej, ale na odważeniu się, by po raz pierwszy świadomie czegoś nie zrobić. By odpuścić. By zrobić mniej. By zatrzymać się i pozwolić sobie na…

 

#rodzicielstwopodiagnozie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Udostępnij ten post:
Facebook
WhatsApp

Zapisz się na darmowy newsletter

Zobacz również