Doskonale pamiętam początki swojego macierzyństwa, choć (być może) jest to coś, o czym raczej wolałabym zapomnieć. Gdybym miała opisać je słowami, w zestawieniu tym znalazłyby się: smutek, żal, strata, tęsknota, samotność, bezradność, bezsilność i kilka niecenzuralnych. Miłość, wdzięczność, zachwyt i radość, zdecydowanie mieściłyby się dole tej listy, a może nie byłoby ich tam wcale?
Wiecie, że wiele kobiet tak ma?
Po porodzie nie unoszą się nad ziemią, nie zalewa ich fala oksytocyny i nie patrzą na swoje dziecko jak na ósmy cud świata. Kiedy tak się dzieje, zazwyczaj towarzyszy temu zdziwienie i cichy głos gdzieś z tyłu głowy, pytający nieśmiało “co ze mną nie tak?” i “co ze mnie za matka?” (to pytanie będzie jeszcze do nich wracać w przeróżnych kontekstach na każdym etapie macierzyńskiej drogi).
Jak zauważa Justyna Domanowska- Kaczmarek “Ciąża, urodzenie dziecka i opieka nad nim to wielkie wyzwanie. Na poziomie psychologicznym, fizjologicznym, relacyjnym i społecznym. Wyzwanie polega na zaadaptowaniu się do nowej sytuacji, w której z perspektywy kobiety zmienia się niemal wszystko: jej ciało, relacja z partnerem, zakres jej wolności, a przede wszystkim staje się odpowiedzialna za drugiego, całkowicie zależnego od niej człowieka”.
Cóż dopiero powiedzieć o matkach dzieci z niepełnosprawnościami? Tutaj zależność ta jest głębsza i bardziej długotrwała, a czasem zwyczajnie się nie kończy. Pamiętam to doskonale. Była zima. Było mnóstwo płaczu, po obydwóch stronach. Ja płakałam za dawnym życiem, mój syn z wielu własnych powodów, o których nigdy się nie dowiem. Choć ma już 3,5 roku- w tej kwestii nic się nie zmieniło. Wciąż muszę się domyślać, zastanawiać, zgadywać, dedukować. Miałam poczucie, jakby ktoś mi coś odebrał, wyszarpał, podmienił. Jakby wygumował wszystko, co zapisałam sobie w zeszyciku pt. “moje plany na życie”. Że coś właśnie się skończyło. Że odtąd w tym zeszycie każde zdanie będzie się rozpoczynało od “już nigdy…”.
A wcześniej przecież byłam taka niezależna. Pochłonięta tysiącem różnych spraw. Przecież chciałam się rozwijać, zwiedzać świat, realizować swoje pasje, a nie “zwijać”, redukować, spacerować po mieszkaniu i zapominać o tym, co kiedyś było dla mnie ważne i decydowało o tym, kim jestem. Było mi źle. Dusiłam się. Grzęzłam w czymś, na co wcale nie byłam gotowa i na co nie miałam najmniejszej ochoty. Poświęcałam się. Zmuszałam. Dawałam z pustego. Opiekowałam kimś, kiedy sama tej opieki potrzebowałam. Myślałam, że tak już będzie zawsze. Że moje życie się skończyło. Że resztę swoich dni spędzę w zawieszeniu pomiędzy tym, jak jest a tym, jak miało być. W dziwnym escape roomie, z którego nie ma wyjścia.
A ja chciałam uciekać. Wyjść i nie wrócić. Udawać, że to się nie dzieje. Że mnie nie dotyczy. Że zaraz pojawi się ktoś, kto mnie uratuje, uszczypnie i powie, że to jakiś chory żart. Że wcale nie spędzam każdej chwili walcząc o przetrwanie. Uspokajając swoje dziecko. I uspokajając siebie. Tak się jednak nie stało. Ale ja wciąż uciekałam. Wymyślałam najróżniejsze powody, by choć na chwilę wyjść z domu. Odciąć się od wszystkiego. Być na chwilę kimś innym. Posiedzieć w ciszy. Zrobić to, co robią “zwykli” ludzie, w “zwykłych” życiach. Ciągle chciałam być gdzieś indziej, bo tak bardzo uwierało mnie to, co zastawałam po powrocie. Co nie było “moje” i do czego wcale nie chciałam się przyzwyczajać. Stałam z siatkami pełnymi zakupów przed drzwiami mieszkania, a łzy płynęły mi po policzkach, bo tak bardzo nie chciałam przekraczać jego progu.
Kiedy tylko pojawiały się okazje, żeby wyjechać na dłużej, ochoczo z nich korzystałam. Chciałam być wszędzie, byle nie tu. Z radością pakowałam walizki, odliczałam dni. Każdy taki wyjazd był wielkim wydarzeniem, podkreślonym na czerwono, zapisanym w kalendarzu z licznymi wykrzyknikami. Był perspektywą odpoczynku. Nadzieją na zrobienie czegoś, na co w codziennym życiu nie było czasu, ani przestrzeni. Na święty spokój. Zmianę rutyny. Szansą na chwilę samotności lub rozmowy z kimś, kto nie jest lekarzem, rehabilitantem ani innym terapeutą. Sytuacją, w której na chwilę mogłam być odpowiedzialna tylko za siebie. Sytuacją, w której nie musiałam wszystkiego robić “z zegarkiem w ręku”.
Po każdym takim wyjeździe, miałam nadzieję na to, że odzyskam resztki energii. Że coś się zmieni. Że zyskam nowe spojrzenie. Że inaczej popatrzę na swoje życie. Że się zregeneruję i wejdę w stare ramy z nowymi zasobami. Tak się jednak nie działo. Prawie nigdy. Kolejne rozczarowanie. Kolejny zawód. Kolejna projekcja, która pozostawała filmem granym wyłącznie w mojej głowie, wizją nie mającą nic wspólnego z rzeczywistością. Mimo to, usilnie ją odtwarzałam. Raz po raz. Z tym samym skutkiem.
Aż pewnego dnia coś się zmieniło. Kolejny wyjazd. Perspektywa kilku dni oddechu. Z fajnymi ludźmi. W fajnym miejscu. Z fajną pogodą. Ale coś jest inaczej. Nie czekam na to, jak na zbawienie. Nie odliczam dni. Nie ustalam wszystkiego z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Do dnia wyjazdu prawie o tym nie myślę. Pakuję się na ostatnią chwilę. Łapię się na tym, że wcale mi się nie chce. Że, gdyby coś stanęło mi na przeszkodzie, że gdybym musiała zostać w domu, to nie byłoby mi szkoda. Owszem, trochę przykro, ale nie zawaliłby się mój świat.
Bo wiecie co się okazało?
Że ja już nie muszę uciekać. Nie muszę się odcinać. Nie muszę szukać na zewnątrz jakiegoś “lepszego” życia.
Wiecie dlaczego?
Bo kocham to obecne takim, jakie jest i nie zamieniłabym go na nic innego. Podobnie, jak nie zamieniłabym się z nikim innym, ani nawet z sobą samą z przeszłości. Bo odpuściłam. Bo przyjęłam pewne rzeczy do wiadomości. Bo otworzyłam się na ten nowy świat, tak bardzo różny od tego, do czego byłam przyzwyczajona. Bo zrozumiałam, że żaden wyjazd nie zapewni mi tego, co zadbanie o siebie właśnie tu. Na miejscu. Bez czekania na idealne warunki. Na optymalny czas. Na sprzyjające okoliczności. Bo zdecydowanie za długo czekałam i snułam wizję. Bo zdecydowanie za długo oglądałam się za siebie. Bo zdecydowanie za długo porównywałam. Bo zbyt wiele zdań rozpoczynało się od “już nigdy…”.
Czy było to łatwe? Oczywiście, że nie. Ciężko się rezygnuje. Odpuszcza. Porzuca coś, w co wrastaliśmy przez lata. Wymienia na coś ”gorszego”, co nas nie kusi. Nie kręci. W czym nie widzimy żadnych pozytywów. Z czym nie wiążemy nadziei i planów. To, jak przegrana. Jak odpuszczenie. Jak rezygnacja. Czasem wiele lat tracimy na szarpanie się z życiem. Na próby naprawiania tego, co z niego zostało. Na uporczywe przekonywanie samych siebie, że kiedyś to było… A teraz już nic. Nic nas nie cieszy, nic na nas nie czeka.
A ja już nie chcę się szarpać, bo wiem, że to nieprawda. Bo widzę nowy horyzont. Bo zmieniłam kierunek. I wiem, że gdzieś dopłynę. Nie tam, gdzie miałam, ale gdzieś… I wcale nie mam pewności, że będzie to “gorsze” miejsce.
A może wręcz przeciwnie…
Uciekając skupiamy się tylko na tym, od czego chcemy być daleko, nie zbliżając się do tego, co warto mieć obok.
Nie uciekam.
#wypaleniemaznaczenie


