Kiedy zaczynałam prowadzić tę grupę, nie wiedziałam co będzie dalej i czy uda mi się zrealizować to, co sobie założyłam. Nie wiedziałam gdzie poprowadzi mnie ta przygoda i jaki będzie jej przebieg. Miałam duże chęci i nadzieję, że uda mi się je wprowadzić w czyn. Że wspólnie stworzymy przestrzeń, w której będzie miejsce na spotkanie z innymi, którzy mają podobnie. Na bycie razem w rozmowie. Na wspólne przeżywanie wzlotów i upadków. Na radość z sukcesów i na łzy nie wymagające tłumaczeń.
Wiedziałam, że takie miejsce jest potrzebne. Czułam jego brak. Słyszałam go w rozmowach z różnymi rodzicami. W doskwierającej im samotności. Bardzo mi zależało, żeby ono powstało, a raczej, żeby trwało dalej, w nieco nowej odsłonie. Żeby uczestnicy poczuli, że oprócz bycia rodzicem, jest coś jeszcze. Że mają swoje imię, potrzeby, prawa. Że mogą się rozwijać, a nie tylko rozwiązywać problemy, które życie co rusz kładzie im pod nogi.
Miałam wizję z otwartością na jej zmianę. Pomysł, który zawsze mógł skręcić w dowolną stronę. Ideę tworzącą w głowie jakiś zarys, przypominający raczej zbiór myśli, przeczuć i propozycji niż coś, co miałoby wyraźny kształt i jasną strukturę. Coś tam zakładałam, coś proponowałam, ale zupełnie nie spodziewałam się wszystkiego tego, co wydarzy się “pomiędzy”, a co w fachowej literaturze określa się mianem “konsolidacji”.
Rzeczownik ten nie oddaje sensu tego słowa. Nie mówi nic o wzajemnym zaufaniu i poczuciu wspólnoty. Jest zimny i techniczny, podczas gdy tu chodzi właśnie o ciepło, więzi, relacje. O proces, w którym ze zbioru nieznajomych jednostek, stajemy się sobie bardzo, bardzo bliscy. Zaczynamy odczuwać łączność ze sobą nawzajem, ale także z ideą grupy. Przekonujemy się, że nie jesteśmy sami w tym, co nas spotyka. Pojawia się wzajemna troska. Dążenie do kontaktu i podtrzymywanie go także pomiędzy spotkaniami.
To niesamowite móc obserwować to od środka. Przejście uczestników od niepewności i dystansu do poczucia głębokiej przynależności. Od siedzenia w kątku i słuchania wypowiedzi innych, do odważnego zabierania głosu, mówienia o rzeczach osobistych, ważnych, a często także trudnych. Od bycia obserwatorem do pełnego uczestnictwa we wszystkim, co możemy wzajemnie sobie dać. Od przychodzenia na spotkania “dla siebie”, do bycia także dla innych i “dla nas”. Od stresu “przed” do niecierpliwości, kiedy “znowu”- do oczekiwania na kolejną okazję do wspólnego bycia.
Towarzyszenie w tym procesie to ogromny zaszczyt. To przyglądanie się zmianom, które zachodzą w każdym z członków grupy. I we mnie samej. To obserwacja rozwoju jej uczestników i rozwijanie się, dzięki nim. To bycie obok kolejnych etapów na drodze do życia, które z perspektywy czasu zaczyna się odbierać trochę inaczej. I choć nie zmienia się nasza sytuacja, choć problemy nadal pozostają wyzwaniami, a czasem przybierają na sile, my także to robimy. Jesteśmy silniejsi dzięki oparciu, które mamy w sobie samych, a także w sobie nawzajem. Oparciu, które budujemy- krok, po kroku.
Dziś przepełnia mnie wdzięczność, radość i lekkość. Wdzięczność za ludzi, którzy rozumieją, słuchają, są otwarci, ciekawi siebie nawzajem, wspierający, podnoszący na duchu, dmuchający w żagle. Wdzięczność, że mogę tu być. Za kolejne spotkanie. Kolejną okazję do wspólnego bycia. Tym razem niezwykłą, bo odświętną i uroczystą.
Policzki bolą mnie od śmiechu, a od stołu wstałam nie tylko z pełnym brzuchem, ale także sercem. Bo takie spotkania napełniają, wznoszą, dają poczucie wspólnoty, tworzenia czegoś ważnego i pięknego. Jak powiedziała wczoraj jedna z uczestniczek: “Można by pomyśleć, że spotkałyśmy się tu w cierpieniu i w trudzie, a z tego takie dobre rzeczy wyrastają”.
Chcę to w sobie pielęgnować, zasilać się tym, czerpać pełnymi garściami. Bo choć samotność bywa cieniem rodzicielstwa z niepełnosprawnością, to właśnie w grupie uczymy się, że nie musimy w tym cieniu stać sami.


