Posted on — Leave a comment

Kiedy dom przestaje być bezpiecznym miejscem…

Delikatne, półprzezroczyste firanki w kolorach kremowym i różowym, przepuszczające ciepłe światło słoneczne.

To jedna z rzeczy, która często zmienia się po diagnozie dziecka– dom przestaje być bezpiecznym miejscem. Nie można się w nim schronić, zaszyć, ukryć. Nie jest już przystanią. Oazą. Obszarem wytchnienia. Takim, do którego chce się wracać.

 

Dawniej przychodziliśmy tu po spokój. Zrzucaliśmy ubrania. Wkładaliśmy kapcie. Czekaliśmy na ten moment. Myśleliśmy o nim. Był synonimem odpoczynku. Nagrody. Spokoju.

 

Dom dawał nam poczucie bycia u siebie. W swoim azylu. We właściwym miejscu. To tutaj schodziło z nas napięcie, pojawiała się swoboda i luz. To tutaj tworzyliśmy przestrzeń według własnych reguł. Na własnych zasadach. W oparciu o aktualne potrzeby. 

 

Decydowaliśmy. Mieliśmy wpływ. Wolnoć, Tomku, w swoim domku.

 

Dziś dom to sytuacje, które nie powinny mieć miejsca pod naszym dachem. Ani żadnym innym. Inne zapachy, przedmioty, organizacja przestrzeni. Czasem przedłużenie szpitalnej sali, czasem gabinetu rehabilitacyjnego. W szafkach leki. W szufladach dokumentacja medyczna. Już nie zdejmujemy napięcia wraz z butami w przedpokoju. Wnosimy je za próg, którego czasem wcale nie chcemy przekraczać.

 

Kiedyś nie rozumiałam, że wyjście do sklepu może być największym świętem. Okazją. Wydarzeniem. Szansą na pobycie w ciszy. W odcięciu. W chwilowym braku przytłaczającej odpowiedzialności. W miejscu, gdzie muszę decydować tylko o tym, jaki kupić chleb, a nie o sprawach, o których nie miałam zielonego pojęcia.

 

Pamiętam swoje początki. Siedzenie w zaparkowanym samochodzie. Stanie na wycieraczce z siatkami pełnymi zakupów i oczami pełnymi łez. Wahanie. Czy przekręcać klucz? Nacisnać klamkę? Czy jednak zostać tu. Po drugiej stronie. Z dala. Choć na moment. Na chwilę.

 

Po przekroczeniu progu, kończyła się “wolność”. Zaczynał tryb czuwania. Sprawdzania. Nasłuchiwania. Doglądania. Monitorowania. Zerkania kątem oka. Odpowiadania na potrzeby. Pełnej dostępności. Pełnej gotowości. Rano, wieczór, we dnie, w nocy. 

 

Miejsce, które miało być azylem, stało się klatką. Niewolą. Tęsknotą. Za tym, co było. Za prawdziwym życiem, które gdzieś obok wciąż się toczyło. Słońce nadal wschodziło na wschodzie i zachodziło na zachodzie. Ktoś szedł do pracy. Ktoś kupował kwiaty. Ktoś wybierał chleb. Tak po prostu. Zwyczajnie. Nie wiedząc nawet, jakim jest szczęściarzem, że może to robić. 

 

A my? Obsługiwaliśmy życie, zamiast naprawdę nim żyć.

 

Tak było. 

 

Na szczęście to już przeszłość. Wspomnienie. Historia. 

 

I choć dzisiaj dom nie jest już tym samym miejscem, mimo wszystko można “umeblować” go częściowo po swojemu. Bo bezpieczne miejsce to nie zawsze i nie tylko cztery ściany. To także coś głębiej. Coś w nas.

 

I właśnie o tym będą przyszłotygodniowe warsztaty “Moje bezpieczne miejsce”.

 

To spotkanie pomoże zbudować osobiste „miejsce powrotu”- źródło ukojenia, do którego można sięgać w chwilach napięcia i trudności.

 

Czwartek 23.04, 19:15. Zoom. Wstęp wolny.

 

Jesteś mamą OzN? Chciałabyś wziąć udział?

 

Napisz do mnie lub skomentuj WARSZTATY. Wyślę Ci szczegóły.

Posted on — Leave a comment

Cena heroizmu

Czuję wibracje zegarka na ręce. Obudziłam się. Nie pierwszy raz tej nocy. Wiem, że już czas. Wstaję i kręci mi się w głowie. Wczoraj i dziś sklejają się w jedno. Nie ma między nimi wyraźnej granicy, kiedy sen wcale nie jest snem, a wiecznym czuwaniem, wstawaniem, noszeniem, uspokajaniem. 

 

Czuję, że mi zimno, że pieką mnie oczy, że jestem słaba. Jakbym miała być chora. Myję twarz. W lustrze widzę coś, co wcale mi się nie podoba. Cienie, opuchnięcie, znużenie.

 

Jestem zmęczona, choć nic jeszcze nie zrobiłam. Wyczerpana brakiem odpoczynku. Nieustanną gotowością. Dostępnością. Pojemnością na nie swoje emocje i potrzeby.

 

Nie pamiętam już jak to jest czuć się inaczej. Być wyspaną, wypoczętą, odprężoną. Jak to jest żyć bez napięcia i wiecznego stresu czającego się gdzieś z tyłu głowy. Zapomniałam co to znaczy spokój, równowaga, harmonia.

 

Od samego rana wiem, ile jeszcze przede mną- obowiązków, zadań, małych i wielkich spraw. Nie mam czasu zastanawiać się nad tym, czy w ogóle mi się chce, czy mam ochotę, czy dam sobie radę.

 

Mechanicznie wykonuję kolejne czynności wpisane do harmonogramu, którego nikt oficjalnie nie ustalał, bo napisało go samo życie, planując dla mnie coś, na co wcale nie byłam gotowa. Rolę, do której scenariusz dostaję znienacka, a nagle kurtyna się odsłania i wszystkie reflektory świecą na mnie. 

 

Po jakimś czasie recytuję ją z pamięci. Odtwarzam każdego dnia. Moje ciało zna na pamięć wszystkie ruchy- ubieranie, karmienie, pojenie, przygotowywanie leków. Odhaczam w głowie kolejne czynności. Trzymam się planu, który wcale ze mną nie współpracuje, co rusz dając mi do zrozumienia, jak niewiele da się przewidzieć i zrealizować zgodnie z założeniami.

 

Na zewnątrz jednak wcale tego nie widać. Sprawiam wrażenie uporządkowanej, zadaniowej, poukładanej. Słyszę słowa podziwu i zapewnienia, że “świetnie sobie radzę”. Uśmiecham się blado, dziękuję, ale w głębi duszy wcale tak nie czuję. Czasem nawet odważę się powiedzieć to na głos. Spotykam wtedy spojrzenia pełne niedowierzania, zakładające, że to skromność i kokieteria, a nie realna świadomość, że wcale nie panuję nad sytuacją, a wszystko raz po raz wymyka się spod kontroli, ciągnąc za sobą kolejne elementy tej pokrętnej układanki. Efekt domina.

 

Nie jestem idealna i wcale nie chcę nią być. Wolałabym być po prostu wyspana. Niczego nie udowadniać. Nie stawać na rzęsach. Posiedzieć w ciszy, zamiast słuchać galopujących myśli, które nieustannie krążą mi po głowie. Przypomnieć sobie, jak to jest, kiedy nic nie boli. Kiedy wie się, co robić i zna odpowiedzi na codzienne pytania.

 

Wiem, że wiele z nas tak ma. Czuje złość, bezradność i brak wsparcia. A w duchu myśli sobie, że coś tu jest nie tak, bo przecież “powinnyśmy…”. Dawać radę, dźwigać wiele, zawsze stawać na wysokości zadania, poświęcać się, wchodzić w rolę i udowadniać miłość działaniem. Z uśmiechem na twarzy i spełnieniem w sercu.

 

“Powinnyśmy…”. To zdanie otwarte. Wielokrotnie złożone. Lista rzeczy, które można by tu wymienić, nie ma końca. Jakby nasze życie było performansem, a nie prawdziwym istnieniem ludzi z krwi i kości, którzy mają prawo do tego, żeby czasem “mieć dość”. I wcale nie znaczy to, że oblałyśmy jakiś test. Żadnego testu nie ma, a jeśli już ktoś, albo my same, oceniamy swoje działania, nie powinnyśmy tego robić na skali, na której jest tylko 0 albo 1. Bo to zwyczajnie nie fair. 

 

Heroizm ma ogromną cenę. Sprawia, że zaczynamy tracić siebie z oczu. Stajemy się funkcją i zbiorem odpowiedzialności. Kimś, kto realizuje zadania przeznaczone dla wielu par rąk, wymagając od siebie, że zawsze wykona plan. Nawet taki, który zakłada niemożliwe. 

 

Doskonale wiem, jak to jest. Długo nakładałam na siebie kolejne zadania. Płakałam ze zmęczenia i frustracji. Wytykałam sobie, że nie ogarniam, nie dowożę, zawodzę. 

 

Aż zrozumiałam, że do niczego dobrego mnie to nie prowadzi. A już na pewno nie do miejsca, w którym chciałabym być. Czyli jakiego? No właśnie! W pewnym momencie musiałam zadać sobie to pytanie. Oraz wiele innych. 

 

Jakie jest prawdopodobieństwo, że dam radę funkcjonować tak przez długi czas? 

Co chciałabym, żeby się zmieniło, a co odpowiada mi takie, jakie jest? 

Gdzie siebie widzę za rok, dwa, trzy? 

 

To nie były komfortowe i łatwe pytania, bo odpowiedzi wymuszały jakiś ruch. Jakąś zmianę. A zmiany zawsze są  niewygodne. Trzeba się z nimi układać. Oswajać. Przyzwyczajać. Przekonywać do nowego porządku. Zaufać, że wiemy, co robimy. Że to dla nas dobre, choć trudne. 

 

Krok po kroku tworzyłam sobie miejsce, w którym chcę być. Wciąż tam zmierzam. I staram się także zabierać tam inne osoby. Pokazywać, że można. Że da się inaczej, lepiej, lżej. Że zmęczenie jest faktem, a nie naszą winą. Że w życiu każdej z nas, oprócz wyzwań i trudności, jest także wiele piękna i miejsca na rozwój własnego potencjału. 

 

Tak właśnie powstała Grupa Mam OzN, które czują, że MOGĄ, gdzie codziennie inspirujemy się i motywujemy do różnych działań. Do wyjścia z roli. Pozwolenia sobie na oddech. Jeżeli czujesz, że to może być miejsce dla Ciebie- napisz do mnie. Opowiem Ci więcej o tym, co w środku.

Posted on — Leave a comment

Rodzicielstwo po diagnozie – czego brakuje nam najbardziej?

Kiedy poznajesz diagnozę dziecka, wpadasz w otchłań, która wciąga Cię bez reszty. Jak portal do innego świata. Brama, po przejściu której nie ma już powrotu. Zaczynasz tonąć w nieznanych pojęciach, w obowiązkach, które spadają na Ciebie jak grom z jasnego nieba, w oczekiwaniach, które wyrastają jak grzyby po deszczu. 

 

Pamiętam doskonale swoją bezradność. Recepty, skierowania, numery telefonów na różnych skrawkach papieru, słowa wpisywane w wyszukiwarkę, pytania, rozmowy, próby zapanowania nad chaosem. Tym na zewnątrz i tym w środku. Poczucie, że nie wiem dokąd zmierzam. Dojmującą niepewność. I myśl, że z niczym się nie wyrabiam, bo wszystko powinnam zrobić naraz. 

 

Każda rzecz była tak samo ważna, pilna i potrzebna. Na już. A najlepiej na wczoraj. Wszędzie się tłumaczyłam. Wszędzie przepraszałam. Wszędzie odpowiadałam na te same pytania. Nie było nikogo, kto wskazałby mi drogę. Powiedział o tym, co zrobić jako pierwsze, drugie i trzecie. Co może poczekać, a co absolutnie nie. 

 

Nie wiedziałam, co mi przysługuje, o co powinnam się starać, jak przebrnąć przez biurokrację. Rozproszony system generował chaos informacyjny. Różne sprawy załatwiane w różnych miejscach, wciąż towarzyszące mi pytania o to gdzie, kiedy i po co. Dzielenie uwagi pomiędzy dzieckiem i segregatorami dokumentów. Terminy, których trzeba pilnować, rzeczy, o których trzeba wiedzieć, choć nikt o nich nie mówi. Uzyskiwanie wskazówek pocztą pantoflową lub po zadaniu pytań. Tych właściwych. Odpowiednich, które trzeba było wcześniej znać. Nie wiadomo skąd.

 

Czego najbardziej brakuje rodzicom po diagnozie?

 

Kogoś, kto poprowadzi ich za rękę

 

Podpowie. Wyjaśni. Naprowadzi. Wytłumaczy. Pomoże odnaleźć się w zawiłościach. Odpowie na pytania. Rozwiąże problemy organizacyjne. Skieruje w odpowiednie miejsca, poszuka informacji lub podpowie, gdzie je znaleźć, dostarczy dokumenty i sprawdzi, czy dobrze je wypełniliśmy. Nauczy nas wszystkiego, byśmy z czasem odzyskali sprawczość. Pewność, że wszystko jest tak, jak powinno być. Że niczego nie przeoczymy, nie zabraknie jakiegoś zaświadczenia, druku, ksera, pieczątki. 

 

Dostępności

 

Brak windy, podjazdów, wysokie krawężniki, wąskie przejścia, ciężkie drzwi, deficyt odpowiednio dostosowanych toalet i miejsc parkingowych. Niemożność korzystania z publicznych środków transportu. Brak dostępności informacyjnej i cyfrowej. Zawiły język pism urzędowych, nieczytelne strony internetowe instytucji, brak jasnych instrukcji „krok po kroku”. Izolacja osób, które nie odbierają świata wszystkimi zmysłami lub mają trudności sensoryczne. Brak odpowiednio wykwalifikowanego personelu- w szkołach, urzędach, instytucjach ochrony zdrowia.

 

Wioski

 

Osób, które mają podobnie, z którymi można porozmawiać o tym, co nas martwi, rodzi wątpliwości, smuci. Zadać pytania. Poprosić o radę. Poczuć, że nie jest się samemu. Że ktoś też tak ma. Brak miejsc, gdzie moglibyśmy się spotkać z kimś, kto nas zrozumienie, wysłucha tego, co mamy do powiedzenia, podzieli się własnym doświadczeniem, będzie stanowił dla nas punkt odniesienia i emocjonalne wsparcie. Pozwoli poczuć siłę płynącą ze wspólnoty. Rozłożyć ciężar, który na co dzień dźwigamy sami, na wiele par rąk.

 

Opieki wytchnieniowej i asystencji osobistej

 

Systemowego i społecznego przyzwolenia na to, by rodzic nie musiał sprawować swojej funkcji 24/7. By mógł odpocząć, wyjść sam do sklepu, do fryzjera, do lekarza. By miał możliwość, aby gdzieś wyjechać lub umówić się na planowany zabieg do szpitala, czy załatwić sprawy urzędowe. By nie musiał być zamknięty w czterech ścianach, mógł uczestniczyć w kulturze i życiu społecznym, podjąć pracę zawodową, rozwijać swoje zainteresowania, spełniać marzenia. 

 

Perspektywy “co dalej?”

 

Życie w ciągłej niepewności. Brak perspektyw na odpowiednie zabezpieczenie przyszłości dziecka. Pojawiające się nieustannie pytanie “Co się stanie, gdy mnie zabraknie?” Brak ciągłości wsparcia, które kończy się wraz z 18. (lub 24.) rokiem życia. Brak dostosowanych do potrzeb osób z niepełnosprawnościami miejsc pracy i zatrudnienia wspomaganego. Brak wsparcia systemowego dla starzejących się opiekunów. Bezosobowe Domy Pomocy Społecznej, deficyt mieszkań wspomaganych i instytucji o charakterze rodzinnym. 

 

Jako rodzice i opiekunowie, mamy prawo czuć zmęczenie. Mamy prawo nie wiedzieć oraz szukać pomocy. Nie zmienimy systemu w jeden dzień, ale możemy zmienić to, jak się w nim czujemy. To coś, na co mamy jakiś wpływ. 

 

Diagnoza dziecka nie musi być końcem Twojej historii. Choć system często próbuje nas sprowadzić wyłącznie do roli bezosobowych opiekunek. Wierzę, że pod ciężarem codziennych spraw, wciąż jesteś TY- ze swoimi pragnieniami i potrzebą wzrostu.

 

Zapraszam Cię do miejsca, gdzie izolacja zamienia się we wspólnotę. To wyjątkowa przestrzeń będąca pomostem pomiędzy „muszę przetrwać” a „mogę żyć po swojemu”. 

 

Grupa Mam OzN, które czują, że MOGĄ. 

 

Czujesz, że to coś dla Ciebie? Napisz do mnie lub skomentuj CHCĘ, a ja pokażę Ci JAK.

Posted on — Leave a comment

Gdy wszyscy biją brawo, opiekunowie cicho odchodzą…

Czy wiesz, że matki opiekujące się przewlekle chorymi dziećmi żyją krócej niż ich odpowiedniczki w tym samym wieku?

 

Biologiczna różnica wieku jest wprost proporcjonalna do liczby lat sprawowania opieki.

 

Przewlekły stres psychiczny pochłania zasoby i możliwości organizmu przyczyniając się do zmian na poziomie komórkowym. 

 

Stwarza to większe ryzyko chorób serca, nowotworów, insulinooporności, przewlekłych stanów zapalnych i osłabienia odporności, które mogą skutkować przedwczesnym zgonem. 

 

Matki dzieci przewlekle chorych, czy z niepełnosprawnościami częściej zapadają na infekcje i wolniej zdrowieją.

 

Choć są w grupie podwyższonego ryzyka, bardzo często zaniedbują własne zdrowie. Rezygnują z badań profilaktycznych, wizyt u specjalistów, odpowiedniej suplementacji. Choroby, które można by wyleczyć, są u nich diagnozowane w stadiach terminalnych.

 

Zazwyczaj także gorzej jedzą, gorzej śpią i mniej się ruszają, co bezpośrednio przekłada się na wyższą śmiertelność z przyczyn naturalnych.

Okoliczności te zwiększają także ryzyko wystąpienia epizodów depresyjnych, chorób psychosomatycznych i innych zaburzeń zdrowia psychicznego, które mogą skrócić przewidywaną długość życia. 

 

Według najnowszych badań przeprowadzonych w Wielkiej Brytanii, 41% matek dzieci z niepełnosprawnością miało myśli samobójcze w trakcie sprawowania opieki, a 1 na 12 z nich przyznała, że stworzyła konkretny plan odebrania sobie życia. 

 

Nie bez znaczenia pozostają także cechy osobowości wytworzone w celu adaptacji do sytuacji, w której się znalazły:

 

  • kompulsywna troska o potrzeby innych, przy jednoczesnym zaniedbywaniu własnych,
  • sztywna identyfikacja z rolą społeczną i związaną z nią odpowiedzialnością,
  • przekonanie, że własne istnienie należy uzasadniać dawaniem i działaniem,
  • tłumienie trudnych emocji.

 

Cechy te, służące odnalezieniu się w aktualnych okolicznościach, stanowią jednocześnie czynnik ryzyka. Sprzyjają nadmiernej orientacji na zewnątrz i zaniedbywaniu siebie. To, co pomaga przetrwać kryzys, jednocześnie zabija.

 

Choć dane te są alarmujące, nie wzbudzają zainteresowania adekwatnego do sytuacji. 

 

Zjawiska występujące na porządku dziennym, stają się bowiem nową “normą”. Pod wpływem częstego kontaktu z nimi przestajemy reagować emocjonalnie. Przymykamy oko. Zamiatamy pod dywan. 

 

Postawa mam dzieci z niepełnosprawnościami, jest postawą, aprobowaną społecznie. Taką, której się od nich oczekuje. 

 

Coś, co przyczynia się do wielu negatywnych konsekwencji, traktujemy jak atut. Zaletę. Mocną stronę. Podejście zasługujące na szacunek i podziw. Widzimy w nim ciepło, czułość, troskę, dbałość i opiekuńczość, nie poświęcenie, przekraczanie własnych granic i ignorowanie potrzeb.

 

Bardzo trudno jest sięgnąć po pomoc, kiedy nie dostrzega się takiej konieczności. Bardzo trudno jest szukać wsparcia, kiedy wszyscy naokoło utwierdzają w przekonaniu, że wszystko jest tak, jak być powinno. 

 

A jednocześnie, wszystkie badania dotyczące dobrostanu opiekunów wskazują na rolę, którą w profilaktyce wypalenia odgrywa pomoc ze strony otoczenia- wsparcie społeczne lub jego brak. 

 

Nie jest ono jedynie „miłym dodatkiem” ułatwiającym życie, a jednym z kluczowych czynników biologicznych, pozwalających nam odnaleźć się w trudnej sytuacji życiowej. Dzięki obecności innych, nasze ciało wydziela bowiem określone hormony, redukuje stres i poziom cytokin zapalnych. Zmniejsza uczucie bezradności i “uwięzienia”, pozwalając lepiej radzić sobie w różnych okolicznościach.

 

Osoby osamotnione w opiece reagują nadmiernym pobudzeniem w sytuacjach, które nie wymagają dużego zaangażowania emocjonalnego, a przez to ich ciało jest w ciągłym napięciu i “trybie przetrwania”. Badania pokazują, że brak wsparcia społecznego jest dla zdrowia tak samo szkodliwy, jak palenie 15 papierosów dziennie. 

 

Grupy wsparcia są uważane przez psychologów klinicznych za najskuteczniejszą niefarmakologiczną metodę ochrony zdrowia psychicznego i fizycznego opiekuna. Ich siła nie polega tylko na rozmowie, ale także na konkretnych procesach psychologicznych i neurobiologicznych, które zachodzą, gdy spotykamy osoby w podobnej sytuacji.

 

Może czytasz to i myślisz: „To o mnie, ale nie mam siły szukać pomocy”. Rozumiem. Dlatego zrobiłam ten krok za Ciebie. Stworzyłam miejsce, gdzie nie musisz nikogo udawać ani o nic walczyć. Nie po to, żeby sobie „pogadać”, ale po to, by towarzyszyć sobie w wymagającej codzienności. By być dla siebie kimś, na kogo można liczyć. Kimś, kto wysłucha i zrozumie.

 

Twoje zdrowie jest filarem, na którym trzyma się cały dom. Nie pozwól mu runąć.

Zaczynamy w ten poniedziałek. 

Wypełnij formularz.

Czekamy na Ciebie.

 

Posted on — Leave a comment

Jak długo można żyć na wdechu?

Bywa tak, że to, co się dzieje mnie przytłacza. Za dużo. Za bardzo. Zbyt trudno. Wszystko. Wszędzie. Naraz. Wciąż wiszą nade mną nowe sprawy do zaopiekowania. Kolejne i kolejne. Rosną jak grzyby po deszczu. Jedno zdarzenie wywołuje następne. A potem jeszcze jedno. Efekt domina. Reakcja łańcuchowa. 

 

Wszystko jest systemem naczyń połączonych. Układanką, w której każdy element jest zależny od pozostałych. Kołem pasowym, którego ruch zależy od wielu różnych ogniw- nie zawsze ze sobą współpracujących. Chciałabym poznać mechanizmy rządzące tym systemem. Znać więcej odpowiedzi. Mieć większą pewność. Odnaleźć się w labiryncie. Rzadziej dochodzić do ściany.

 

Wir obowiązków, zadań, zaleceń, terapii, badań, kontroli. Zagubienie. Wątpliwości. Stres. Lęk. Decyzje. Oczekiwania. Powtarzanie w kółko tych samych czynności z nadzieją na to, że przyniosą jakiś efekt. Robienie wielu rzeczy naraz. Wielu po raz pierwszy. Nieustanna chwiejność. Niestabilność konstrukcji, którą z mozołem wznosimy. Każdego dnia. 

 

Jak długo można wstrzymywać oddech? Minutę? Półtorej? 

 

Ciało samo wymusza wydech. Wie, że bez niego nie ma życia. A jednak próbujemy oszukać tę zasadę. Udawać, że nas nie dotyczy. Że w naszej codzienności nie obowiązują takie prawa. Żyjemy na wiecznym wdechu. Napinamy mięśnie. Zaciskamy szczęki. Nasz układ nerwowy jest w ciągłej gotowości. W czujności. Stoimy na baczność. Mamy wszystko na oku. Chcemy trzymać rękę na pulsie. Kontrolować, sprawdzać, przekonywać samych siebie, że panujemy nad sytuacją. 

 

Bierzemy na klatę kolejne wyzwania. Mobilizujemy siły. Bo kto, jak nie my? 

 

Nikt nie nauczył nas wydechu. Wydech nie jest punktowany. Nie dostaniemy za niego premii. Nie otrzymamy pochwały. Wydech kojarzy się z biernością. Z poddaniem. Z zaniechaniem starań. Ze zmarnowaniem czasu, w którym przecież można by tyle zrobić, tyle osiągnąć. Gdybyśmy tylko się bardziej postarali… 

 

Tutaj nie ma limitów. Potrzeby się nie kończą. Wydatki nie maleją. Nie zmniejszają się wymagania. Boimy się odpuścić. Boimy się, że stracimy szanse. Zaprzepaścimy efekty. Unieważnimy dotychczasowe starania.

 

Przerwy nie są wskazane. Odpoczynek jest niedozwolony. Liczy się ciągłość, regularność, systematyczność. Tylko dzięki nim możemy coś osiągnąć. Wypracować zmianę. Wszyscy tak robią. I wszyscy mówią, że tak trzeba. 

 

Więc wstrzymujemy oddech. Dopingujemy się, by działać dalej. Jesteśmy konsekwentni i zdeterminowani. Dajemy z siebie wszystko. W końcu mamy dobre intencje i wiele do stracenia.

 

Ale prędzej, czy później organizm upomni się o swoje. Bez pytania nas o zdanie. Nie da się oszukiwać w nieskończoność. Żyć na wiecznym wdechu. Wstrzymywane powietrze nie znika. Ono się kumuluje. Zamienia się w ucisk w klatce piersiowej, w migrenę, w bezsenność, w wybuchy złości, napady paniki i płacz pod prysznicem.

 

Jesteśmy czujni na dyskomfort dzieci, zaspokajamy ich potrzeby, dbamy o odpowiednie warunki. A jak traktujemy siebie? 

 

Często z uporem maniaka ignorujemy sygnały mówiące o tym, że “za dużo”, “za szybko”, “za bardzo”. Ignorujemy to, że nasze siły mają limity, że maleją, że z czasem się kończą. Wystawiamy na próbę własną wytrzymałość. Sprawdzamy ile jeszcze jesteśmy w stanie znieść. Przesuwamy granicę. Zatracamy siebie. 

 

Życie na ciągłym wdechu nie czyni nas skuteczniejszymi. Czyni nas kruchymi. Prowadzi do wypalenia. Sprawia, że nie mamy już z czego dawać. Że wewnętrznie się rozpadamy- nawet, jeśli nie widać tego na pierwszy rzut oka. 

 

Wydech to nie jest akt poddania. Wydech to akt odzyskiwania siebie. To moment regeneracji, bez którego żadna „systematyczność” nie ma racji bytu.

 

Chcę Cię zaprosić do miejsca, które stworzyłam właśnie z myślą o wytchnieniu. O wzajemnym wsparciu osób, które mają podobnie. O życzliwej obecności. Nie musisz tu niczego kontrolować, naprawiać ani planować. Tylko być. Ze wszystkim, z czym przychodzisz danego dnia. 

 

Zapisy do porannej grupy wsparcia wciąż trwają. Zostały ostatnie wolne miejsca. Wypełnij formularz i zrób wydech razem z nami.

 

Posted on — Leave a comment

Czy samodzielność to tylko „dzielność”?

Niedzielny wieczór. Być może właśnie składasz pranie. Szykujesz leki na kolejny dzień. Przygotowujesz ubrania. Pakujesz plecak.

 

Jutro wszystko zacznie się od nowa. 

 

Kolejny dzień, do złudzenia przypominający wszystkie pozostałe. W kalendarzu czekają już kolejne zadania, terminy. Kolejne plany ułożone tak, by niczego nie pominąć. Nie przeoczyć. O niczym nie zapomnieć. Na marginesach numery telefonów. Lista zakupów. I małych- wielkich spraw, które już od jutra znów będą na Twojej głowie.

 

Trzeba wydrukować dokumenty. Umówić wizytę. Podjechać do paczkomatu. Kończą się leki. Gdzieś zabrakło podpisu. Coś trzeba odebrać, coś przewieźć. Gdzieś się stawić. Sprawdzić, poszukać, upewnić się kilka razy. Powisieć na słuchawce. 

 

Myślisz o tym wszystkim już dziś. A także o tym, że musisz być silna/y. Że kto, jak nie ty. 

 

Fetyszyzujemy samodzielność. W słowie tym słyszymy tylko jego drugi człon- dzielność. Kojarzy nam się z zaradnością, dojrzałością, przedsiębiorczością. Ze staniem na własnych nogach. Z byciem operatywnym, sprawnym, skutecznym. Z byciem kimś, kto daje radę. Trzyma ster. Jest niezależny i sprawczy.

 

Zapominamy o przedrostku “samo”. O samotności, która często wiąże się z presją bycia samowystarczalnym… O samotności, która krzyczy:


“Nie proś o pomoc!”,

“Nie obciążaj innych!”,

“Nie użalaj się nad sobą!”

 

To chór tych wszystkich głosów mówiących, że “Bóg daje tylko tyle, ile jesteś w stanie unieść” i że cierpienie uszlachetnia. To przekonanie o tym, że trudne jest lepsze, bo bardziej “wystarane”, bo nie spadło z nieba. 

 

Uwierzyliśmy, że proszenie o wsparcie to dowód na to, że nie radzimy sobie z własnym życiem. Że jesteśmy słabi, niekompetentni, nieprzystosowani. Więc stajemy się dietetykiem, menadżerem, pielęgniarką, kierowcą, terapeutą, negocjatorem i rzecznikiem praw dziecka w jednej osobie. Żyjemy w trybie przetrwania. Żeby móc działać, odcinamy się od emocji. Włączamy autopilot. Stajemy się zadaniowi, efektywni, a często martwi w środku.

 

Zapomnieliśmy o tym, że od zawsze żyliśmy we wspólnotach. Że byliśmy częścią jakiejś wioski. Wymienialiśmy się obowiązkami, uzupełnialiśmy w działaniach. Zapomnieliśmy, że do tego jesteśmy stworzeni. Że to właśnie jest naturalny stan. Nie ten, gdzie do wszystkiego jest tylko jedna para rąk. 

 

Regulujemy się przez obecność innych ludzi. Przez ich pomoc, rozmowę, wymianę doświadczeń, zrozumienie bez oceniania. Przez świadomość, że nie jesteśmy sami. Że mamy obok siebie kogoś, kto wie, jak to jest. Kto być może był już w miejscu, w którym my teraz jesteśmy i opowie nam swoją historię. Albo dopiero tam będzie i chętnie wysłucha naszej opowieści. 

 

Właśnie dlatego tworzę miejsce, które pozwoli nam się spotkać. Przestrzeń, która nas połączy i sprawi, że będziemy częścią własnych światów. Na moment lub na dłużej. Wspólnota doświadczeń rodzi bliskość. Taką, która nie byłaby możliwa na zewnątrz, a za którą tak bardzo tęsknimy. 

 

Wiem, że towarzyszą Wam różne obawy. Że myślicie: „Nie mam czasu”, „Jakoś to będzie”, „Może w przyszłym roku”. Ale spójrz na siebie uczciwie. Czy masz siłę czekać do przyszłego roku? 

 

To jest ten moment. Moment na odbudowanie kawałka świata dla siebie, także po to, by móc nim być dla innych. Ale nie tylko. Bo Ty też jesteś ważna/y. Tak po prostu. Stwórzmy przestrzeń, gdzie nie musimy być ze stali. Gdzie możemy być z krwi i kości. Gdzie możemy porozmawiać także o tym, czego zazwyczaj się wstydzimy. O rzeczach trudnych, niewygodnych, zamiatanych pod dywan. 

 

Tworzę dwie kameralne grupy: Poranną – dla tych, które mają chwilę, gdy dzieci są w placówkach. Wieczorną – dla tych, które potrzebują oddechu, gdy dom już śpi.

 

W przyszłym tygodniu zamykam listę, więc jeśli jeszcze się wahasz- zrób pierwszy krok! Wypełnij formularz na stronie głównej, umówmy się na spotkanie, porozmawiajmy. Zapytasz mnie o co zechcesz, opowiesz mi o sobie… 

 

Czekam tu na Ciebie!

Posted on — Leave a comment

Zmiana nie w tym miejscu

Jak często myślisz o tym, żeby coś zmienić?
Że coś nie jest takie, jak być powinno?
Że trzeba na to wpłynąć, zmodyfikować, przekształcić, naprawić?

 

Wielu z nas patrząc na swoje życie widzi jedynie TO- zaprzepaszczone szanse, utracone nadzieje, porażki, błędy, potknięcia, niewykorzystane okazje, scenariusze, które się nie wydarzyły.

 

Lubimy myśleć “co by było, gdyby…”. Lubimy obwiniać siebie za wszelkie trudności, których doświadczamy. Bo przecież “gdybym wtedy bardziej się postarała, gdybym zrobił inaczej, gdybym wybrała lepiej…”. Lubimy projektować alternatywne wizje. Snuć narrację o tym, co mogłoby się wydarzyć, a także o tym, co jeszcze przed nami. 

 

Wyobrażamy sobie swoją przyszłość. Często bajkową. Zamykającą się w stwierdzeniu “żyli długo i szczęśliwie”. A potem nagle pojawia się ONA. Choroba, niepełnosprawność, dysfunkcja. A wraz z nią wszystko to, co ze sobą niesie: niepewność, strach, lęk, stres. Samotność i zależność.

 

To coś, czego się nie spodziewaliśmy. Coś, co przytrafia się innym, ale nie nam. Coś o czym czasem słyszy się w radio, czyta w gazecie, zna z opowieści. Coś abstrakcyjnego. Będącego do tej pory gdzieś obok, a od teraz już zawsze w środku. Naszej historii, naszego życia i tego, co dzieje się w nas. 

 

Nie przyjmujemy jej z otwartymi ramionami. Nie rozkładamy czerwonego dywanu. Nie witamy szampanem. Próbujemy zamknąć przed nią drzwi. Wyprosić na zewnątrz. Pokazać środkowy palec. Chcemy zawrócić bieg wydarzeń. Naprawić to, co się da. 

 

Jeździmy, szukamy, czytamy, pytamy. Wizyta za wizytą, terapia za terapią, turnus za turnusem. Konsultacje, badania, opinie, leczenie, rehabilitacje, hospitalizacje. Niekończąca się odyseja. Tułaczka od gabinetu do gabinetu. Próba desperackiego przejęcia kontroli nad tym, co nas spotkało.

 

Bywają sytuacje, które poddają się naszym oddziaływaniom. Na które mamy wpływ. Które leżą w granicach naszych możliwości. Ale nie zawsze tak jest. Są rzeczy, których nie przeskoczymy, nie wypracujemy, nie wymusimy. Wie o tym każdy rodzic dziecka z dużymi wyzwaniami rozwojowymi, niepełnosprawnością sprzężoną, czy chorobą genetyczną, w którą wpisany jest brak szans na samodzielność. 

 

Co wtedy?

 

Często… zupełnie nic. Pragnienie zmian nadal pozostaje. Nadal działamy. Nadal zmieniamy. Nadal jeździmy wszędzie, gdzie się da. Nawet, jeśli nie widać efektów. Nawet jeśli zabiera to więcej, niż wnosi. Nawet, jeśli ograbia nas z zasobów. A nasze dzieci z dzieciństwa, które siłą rzeczy wygląda inaczej niż u rówieśników.

 

Kiedyś bardzo mocno zatrzymało mnie jedno zdanie “Jak ty byś się czuła, gdyby twój mąż, ukochany brat czy siostra bez przerwy patrzyli na ciebie tak, jakby chcieli, byś była kimś innym?”

Pamiętam taki czas, kiedy ilość terapii nie mieściła nam się w dobie. Kiedy codziennie przeżywałam stres, czy wszędzie zdążymy, czy moje dziecko wpisze się w schemat, czy dopasuje się do planu, który tak pieczołowicie opracowałam. Wystarczyła nieprzewidziana drzemka, konieczność przebrania w nieodpowiednim momencie, czy przedłużające się karmienie, żeby wszystko sypało się jak domek z kart. Efekt domina. Nie było czasu na zabawę, nie wychodziliśmy na spacer, nie widywaliśmy się z innymi dziećmi (chyba, że w przelocie, na materacu). Był tylko pęd.

 

Nie zrozumcie mnie źle. Nie chodzi o to, żeby nie robić nic. Chodzi o to, by robić to inaczej. Szanując granice- własne i dziecka. W zgodzie z potrzebami naszej rodziny i z możliwościami, które aktualnie mamy. Wiem, że bardzo trudno jest zmienić to myślenie. Jak trudno przyjąć, że więcej nie zawsze znaczy lepiej. Że są rzeczy, na które nie poddają się naszej kontroli. Które trzeba zaakceptować i nauczyć się z nimi żyć. Nie szukać wpływu tam, gdzie z założenia go nie mamy.

 

Kiedy próbujemy kontrolować niekontrolowalne, tracimy z oczu coś bardzo ważnego. Szukamy zmiany nie w tym miejscu, w którym jest ona możliwa. 

 

Szukamy jej w wynikach badań, w nowych metodach, w postępach dziecka. A prawdziwa zmiana- ta, która przynosi ulgę- może wydarzyć się także w nas. 

 

Na siebie mamy wpływ. Możemy zmienić to, jak interpretujemy rzeczywistość, jak podchodzimy do własnych potrzeb i emocji, czy jesteśmy dla siebie surowymi krytykami, czy wspierającymi przyjaciółmi.

 

Nie sprawia to, że diagnoza znika. Nie wymazuje niepełnosprawności. Nie redukuje codziennych wyzwań. Ale sprawia, że jest nam z nimi lżej. Że przestajemy walić głową w mur. Walczyć z wiatrakami. Że odzyskujemy sprawczość tam, gdzie naprawdę ją mamy- w obszarze własnej głowy i serca. 

 

To jest proces. Trudno przejść go w pojedynkę, gdy świat wciąż krzyczy: „walcz!”, „więcej!”, „szybciej!”. Dlatego tworzę przestrzeń, w której będziemy mogły/li przyjrzeć się sobie. Zaopiekować w codziennych sprawach, porozmawiać o nich w bezpiecznym miejscu.

 

Nie będzie tu oceniania, kto ma lepiej, kto gorzej. Będziemy uczyć się odpuszczać to, na co nie mamy wpływu i czerpać siłę z tego, co zależy od nas. 

 

Jeśli czujesz, że szukałaś/eś zmiany nie tam, gdzie trzeba i jesteś zmęczona/y tą gonitwą- zapraszam Cię do nas. 

 

Zostały już ostatnie miejsca!

Posted on — Leave a comment

Czy trzymasz się na taśmę klejącą i słowo honoru?

Jesteśmy przyzwyczajeni do nieokazywania słabości. Szkoleni do tego od najmłodszych lat. Mamy być ambitni, wyznaczać sobie cele, walczyć o to, co dla nas ważne, znosić trudy, przyjmować wszystko na klatę. Bez mrugnięcia okiem. Problemy traktować jak wyzwania. Dawać sobie radę. Nie prosić o pomoc. Osiągać sukcesy. Mieć wyniki. Wspinać się po szczeblach kariery. Udoskonalać siebie. Patrzeć na życie, jak na projekt. Kontrolować wszystkie jego aspekty, a przynajmniej pokazywać, że mamy je pod kontrolą. Że jesteśmy zorganizowani i zdecydowani. Stajemy na wysokości zadania. Podejmujemy wyzwania. Bierzemy byka za rogi. Przechodzimy do porządku dziennego, nawet jeśli w środku szaleje burza. 

 

Wielu z nas- rodziców i opiekunów OzN- trzyma się na taśmę klejącą. Na patyk i sznurek. Na ślinę. Na słowo honoru. Nasza konstrukcja bywa niestabilna, chwiejna i bardzo fasadowa. Z zewnątrz sprawiamy wrażenie “ogarniaczy życia”, w środku walczymy, aby przetrwać każdy dzień. Trzymamy się resztkami sił. Jesteśmy zdeterminowani. Zakładamy zbroję mającą uchronić nas przed kolejnymi ciosami. Zbroję, która sprawia, że ledwo się poruszamy. Odgradzamy się od świata, a często także od samych siebie. 

 

Nie traktujemy poważnie zagrożeń wynikających z zaniedbania własnych potrzeb. Czasem nawet jesteśmy z tego dumni. Podkreślamy to, ile robimy, jak wiele mamy obowiązków, jak bardzo się staramy. Co w rzeczywistości często oznacza ogromne poświęcenie i utratę własnego “ja”. Nawet, jeśli mówimy, że wiemy jak ważne jest dbanie o siebie, często wcale tak nie myślimy. Do końca utrzymujemy, że nie potrzebujemy pomocy. Że należy się ona innym, zależnym od nas. Że my przecież dajemy sobie radę. Jesteśmy zdrowi, sprawni i mamy taką możliwość. W przeciwieństwie do naszych podopiecznych. Niepostrzeżenie nasze ciało staje się narzędziem do opiekowania się drugim człowiekiem. I choćby zalewały nas coraz wyższe fale, będziemy machać ku plaży, wykrzykując: “Nie, nie, bawcie się, nic mi nie jest”.

 

A kiedy już zdecydujemy się sięgnąć po pomoc, często robimy to dla innych. Dla dzieci, dla męża, żony, ojca, matki. Żeby lepiej się nimi opiekować, być bardziej sprawnymi i wydajnymi. Żeby dłużej dawać radę. Udzielamy pomocy i wsparcia jeszcze długo po tym, jak wyczerpią się nasze ostatnie źródła energii i traktujemy to, jako coś normalnego. Element codzienności. Jesteśmy sfrustrowani własnymi ograniczeniami. Tym, że zaczynamy chorować, tracić energię i siły. Że nasze ciało zawodzi, odmawia posłuszeństwa. Chcielibyśmy być twardzi i niezłomni. Nie uginać się pod ciężarem codziennych trosk. 

 

Tak wiele z siebie dajemy innym, że często nie zostaje nam już nic dla siebie samych. Samoopiekę traktujemy jak luksus i coś, na co nie możemy sobie pozwolić. Jak kolejny obowiązek, na który nie mamy czasu, siły, a często także ochoty. Boimy się, że gdy poprosimy o pomoc i przyznamy się do swoich trudności, zupełnie się rozsypiemy. Że tama pęknie. Że będzie gorzej. Że smutek zaleje nas po uszy. Obawiamy się własnych łez. Opuszczenia gardy. Spotkania z niewygodnymi emocjami, o których na co dzień staramy się nie myśleć. O których nie mówimy nikomu. 

 

Ten lęk jest naturalny. To mechanizm obronny. Chroni przed bólem. Ale nie sprawi, że emocje znikną. One wciąż są. Pozostają w ukryciu. Są pieśnią codzienności. Ciężarem, który dźwigamy samotnie. Trzymamy w środku. A to kosztuje często więcej energii niż dzielenie się tym ze światem. 

 

Kiedyś sama tam byłam. Patrzyłam na życie przez przyłbicę, zaciskałam zęby, zaciskałam pięści w kieszeniach. Teraz wiem, że wcale nie musi tak być. Dlatego tworzę przestrzeń, w której będziemy mogli ściągnąć zbroję. Być sobą. Stanąć w prawdzie. Porozmawiać o tym, co trudne i piękne. Podzielić się własnymi doświadczeniami, opowiedzieć swoje historie. To miejsce powstaje z potrzeby serca i głębokiej świadomości tego, jak ważna jest wspólnota. 

 

Wiem, że wielu z Was może się wahać, gdy patrzycie na formularz zgłoszeniowy. Ręka może zawisnąć nad przyciskiem „Wyślij”. Może pojawić się lęk. Niepewność. Wątpliwości. Często słyszę “boję się, że rozpadnę”, “nie mam siły, żeby słuchać o problemach innych”, “to nie dla mnie”. Obawy te są naturalne. Boimy się tego, czego nie znamy. 

 

Ale grupa wsparcia nie jest po to by przytłaczać. Ona daje przestrzeń, by wyrzucić z siebie to, czego często nie można powiedzieć nigdzie indziej. Sprawia, że jest nam lżej. Przynosi ulgę. Buduje więzi. Daje poczucie, że są ludzie, którzy nas rozumieją i mają podobnie. Że nie jesteśmy sami. 

 

Możesz tu przyjść i po prostu być. Nawet w kawałkach.

 

Jeżeli czujesz, że chciałabyś/chciałbyś spróbować, wypełnij formularz na stronie 

 

https://bezinstrukcji.pl/

 

Czekam tu na Ciebie!

Posted on — Leave a comment

Jak Ty to wszystko ogarniasz?

Jak Ty to wszystko ogarniasz?

 

To chyba pytanie, które słyszę najczęściej. Jest w nim autentyczna ciekawość, podziw i nutka niedowierzania.

 

Skąd brać siłę, kiedy wszystko dookoła nam ją odbiera? 

 

Skąd czerpać energię, kiedy tyle jej zużywamy każdego dnia?

 

Jak radzić sobie ze wszystkimi wyzwaniami i jednocześnie nie zatracić w tym siebie?

 

Na te pytania jest pewnie wiele odpowiedzi. Dla mnie najważniejsza z nich to RELACJE.

 

Dobre, szczere, karmiące. Obecność drugiego człowieka, który okazuje zainteresowanie, wspiera, dmucha w żagle, a czasem po prostu jest. Siedzi. Słucha. Rozumie. 

 

Samotność odbiera siłę, uwypukla trudności, ściąga nas w dół. Przekonuje, że nie damy sobie rady. Przeraża wizją, że wszystko zależy wyłącznie od nas. Że jeśli nie my, to nikt. 

 

Pamiętam ten czas, kiedy myślałam, że jestem w tym sama. Że od tej pory muszę stanąć na wysokości zadania. Zmierzyć się z sytuacjami, o których nie miałam zielonego pojęcia. Znaleźć w sobie gotowość do rzeczy, na które brakowało mi siły i ochoty. Podołać. Sprostać. Zdać ten życiowy egzamin. Najlepiej na szóstkę z plusem. Żebym nie miała do siebie o nic żalu i żeby nikt inny także go nie miał. Żeby nie mógł mi niczego zarzucić.

 

Chciałam być matką, która ogarnia. Radzi sobie. Szuka. Próbuje. Jest zawsze w gotowości. I nigdy nie prosi o pomoc.


Myślałam, że tylko mnie to spotkało. Wszędzie naokoło widziałam zdrowe dzieci i szczęśliwe rodziny. Patrzyłam na to z zazdrością. Z nieustanną myślą o tym, jak mogło być, a nigdy nie będzie. Tęskniłam za “normalnością” i za kimś, kto przeprowadziłby mnie przez to wszystko. Pokazał, że się da. Że kiedy najgorsze minie, to coś tam dalej jest. Bo świat się nie kończy, a jedynie zaczyna się nowy. Inny. Taki, który trzeba oswoić, zaciekawić się nim i zaakceptować takim, jaki jest. 

 

Kiedy to zrozumiałam, choć pozornie nic się nie zmieniło, dla mnie zmieniło się wszystko. 

 

Proces ten wymagał czasu, determinacji i decyzji, że chcę inaczej. Ale także obecności innych ludzi, którzy wspierali mnie na każdym kroku. I robią to nadal. To ogromny skarb.

 

Wiem, że nie każdy ma ten przywilej, dlatego chcę zaprosić Cię do miejsca, które długo budowałam w mojej głowie i sercu. Miejsca, do którego możesz przyjść w dresie, bez makijażu i bez siły. Gdzie można po prostu usiąść i przez chwilę skupić się na sobie. Porozmawiać o tym, co nas boli i cieszy. Posłuchać innych. Poczuć wspierającą obecność. Zbudować relacje.

 

Nie mogę się już doczekać tego spotkania, bo wiem ile może ono dla Was znaczyć. 

 

Będzie kameralnie, ciepło, otulająco. 

 

Choć oficjalne zapisy startują dopiero jutro, wiele miejsc przy stole jest już zajętych. Jeśli czujesz, że jedno z ostatnich wolnych krzeseł powinno należeć do Ciebie- nie czekaj do jutra. Napisz do mnie już dziś!

 

Mam nadzieję, że do zobaczenia!

 

[autopromocja]

Posted on — Leave a comment

Ile waży to, czego nie widać?

Powoli wracamy do rzeczywistości. Niedługo na nowo ruszą szkoły, przedszkola, ośrodki, a wraz z nimi my- ruszymy do ponownej batalii o lepsze jutro. Znowu wpiszemy się w harmonogramy, plany zajęć, rozkłady terapii. Znowu nasz rytm dnia zostanie wyznaczony przez rutynową logistykę. Ludzie na zewnątrz zobaczą nas pchających wózki, niosących dzieci lub pomagających im wejść po schodach, pakujących sprzęt do bagażników, dźwigających w torbach i plecakach wszystkie “przydasie”, których wymagają, które ułatwiają im życie, a czasem je umożliwiają. 

 

To ciężar fizyczny. Widać go. Budzi zainteresowania, współczucie i chęć pomocy. Ktoś coś nam przytrzymuje, otwiera drzwi, oferuje wsparcie. Ktoś pyta, co może zrobić, wyraża słowa uznania. Dziwi się, że same/i dajemy sobie radę. Zagaduje. Reaguje. A czasem przechodzi obojętnie. Odwraca wzrok. Udaje, że nas nie ma. I wraca do swojego życia.

 

Jest też inny ciężar. Taki, którego nie widzi nikt. Który nie mieści się w żadnym bagażniku, torbie i plecaku. Nie da się go zobaczyć, ale jest. Żywy. Realny. Niemal namacalny. To lęk o wyniki badań. To niepewność jutra. To troska o środki finansowe. To wątpliwości, czy robimy wystarczająco. To poczucie winy, że mogliśmy coś zrobić lepiej. To wyrzuty, że czegoś nie przewidzieliśmy, nie zabezpieczyliśmy, że o czymś nie pomyśleliśmy, nie dopięliśmy wszystkiego na ostatni guzik. To tysiące pytań, na które z rzadka pojawiają się odpowiedzi. Takie, które by nas usatysfakcjonowały, uspokoiły, uciszyły wszystkie głosy w naszej głowie.

 

To niewidzialny bagaż, który dźwigamy każdego dnia, często udając, że nie istnieje. Nie dzieląc się nim z innymi. Stwarzając pozory. Starając się sprawiać wrażenie, że świetnie sobie radzimy, że jesteśmy samowystarczalni, zorganizowani, niezłomni. Że panujemy nad sytuacją. Że się w niej odnajdujemy. Że wcale nie jest tak źle. Że mogło być gorzej. Że nawet, jeśli jest trudno, a bagaż ciężki, to przecież my jesteśmy silni i “dajemy radę”. Stajemy na wysokości zadania. 

 

“Przez długi czas można tak funkcjonować dobrze, a nawet bardzo dobrze- tym bardziej, że wewnętrzny niepokój jest siłą napędową do działania i stymuluje kreatywność”. Można oszukiwać innych i samych siebie odwlekając moment sięgnięcia po pomoc, przebywając w niekończącym się trybie “jeszcze tylko…”.



Jeszcze tylko załatwię urzędowe sprawy.

Jeszcze tylko pojedziemy na ten turnus.

Jeszcze tylko zorganizuję sprzęt.

Jeszcze tylko zamknę zbiórkę.

Jeszcze tylko ta wizyta.

Jeszcze jedna konsultacja.

Jeszcze ten zabieg, ta operacja, ten wyjazd.

Jeszcze tylko wykupię leki, sprawdzę terminy, zarezerwuję miejsce.

Jeszcze zadzwonię tu i tam, dopilnuję, uzgodnię, wyślę maila, zapytam i poinformuję.

 

A gdzieś… na szarym końcu… znajdę czas dla siebie. Po tysiącu spraw. Ważnych, poważnych i nie cierpiących zwłoki. Po wszystkich obowiązkach i powinnościach. Po załatwieniu sprawunków. Po odhaczeniu wszystkich punktów na niekończących się listach “to do”. Czekamy na odpowiedni moment. Na lepszy czas. Na to, aż będzie spokojniej. Aż się poprawi. Aż coś się zmieni. Aż rzeczywistość nie będzie tak absorbująca. Nie będzie wymagała od nas tyle uwagi, czasu i zaangażowania.

 

Można tak czekać i czekać. Radzić sobie samemu. Zakładać zbroję. Dźwigać ten plecak wrzynający nam się w ramiona. Można. Tylko po co? I komu to służy? Nam? Naszym dzieciom?

 

Przecież jeszcze gdzieś tam jesteśmy. Pod tymi wszystkimi obowiązkami, pod odpowiedzialnością, pod ciężarem codziennych trosk. Mamy swoje imię, potrzeby, ulubioną herbatę, muzykę i rzeczy, które nas cieszą. Jesteśmy. Choć czasem wydaje nam się, że się zatracamy, bledniemy i znikamy. Dla nas samych i dla świata.

 

Chcę, żebyście wiedzieli, że (wbrew temu, co może nam się wydawać i co próbuje wmówić nam świat), wcale nie musimy być w tym wszystkim same/i. I nie musimy czekać na „lepszy czas”, bo on może nigdy nie nadejść. Sami musimy go stworzyć. Wyjść z poczekalni. Otworzyć się na nowe. Rozłożyć ten ciężar i przestać dźwigać go w pojedynkę. 

 

Jeśli czujesz, że Twoje plecy nie wytrzymają dłużej samotnej wędrówki, to właśnie tworzę miejsce, w którym będziesz mogła/mógł zdjąć na chwilę ten niewidzialny plecak. Usiąść w gronie osób, które idą tym samym szlakiem- stromym, wyboistym i pełnym zakrętów. Szlakiem, do którego często nie ma mapy. Który sami wydeptujemy, karczując własnym trudem nieprzebyte dotąd ścieżki.

 

To przestrzeń dla rodziców dzieci z trudnymi diagnozami i dużymi wyzwaniami rozwojowymi. Grupa wsparcia, w której poczujesz się zrozumiana/y, wysłuchana/y i zauważona/y. 

 

Rekrutacja startuje już 07.01, ale jeśli już czujesz, że to coś dla Ciebie- napisz do mnie. 

 

Zarezerwuj sobie miejsce “przy ognisku”.