Posted on — Leave a comment

Pomiędzy brzegami

Samotna postać z plecakiem stojąca na skalistym wzgórzu w gęstej mgle nad lasem

Nie chcę spuszczać Cię z oczu. Czuję się najlepiej, kiedy jesteś obok. Chcę być przy Tobie. Blisko. Mieć poczucie związku. Pielęgnować tę więź. Umacniać. To mnie uspokaja. Działa kojąco. 

 

Marzę o tym, żeby wyjechać gdzieś daleko. Zostawić swoje życie. Przekazać je na chwilę komuś innemu. Fantazjuję, jak byłoby bez tego bagażu. Bez Ciebie. Co mogłabym robić, a czego już bym nie musiała.

 

Są we mnie dwa wilki. 

 

Jeden, akcentujący zwierzęcą więź. Picie sobie z dziubków. Czujący wdzięczność za to doświadczenie, które- choć wiele zabrało- jednocześnie także sporo wniosło. Rzeczy niespodziewanych, wzbogacających i rozwijających na wielu różnych poziomach.

 

Drugi, tęskniący za luzem, swobodą, przygodą. Za życiem, które mogło kiedyś być bardziej spontaniczne. Nie wiązało się z tyloma wątpliwościami i wieczną niepewnością. Nie było w nim tyle strachu i przytłaczającej odpowiedzialności. 

 

Czasem tego nie rozumiem. Czasem nie wiem, jak można czuć tak przeciwstawne emocje. Doświadczać tak skrajnych stanów. Balansować. Wahać się pomiędzy jednym a drugim brzegiem. 

 

Biegunowość macierzyństwa zaskakuje mnie i przeraża jednocześnie. Jest w tym jednak pewna fascynacja. Ciekawość. Chęć przesuwania się po tej dziwnej osi- to w jedną, to w drugą stronę. Bo sięga ona tam, gdzie nigdy nie sądziłam, że będzie. 

 

Skala ta ciągle się przesuwa, odsłaniając kolejne obszary, do których z czasem zyskuję dostęp. Niczym w jakiejś dziwnej grze, w której plansza ujawnia się, kiedy dochodzimy do brzegu. Do granicy. Na jakiś kres, który wydawał się końcem, a jednak był tylko etapem. Odcinkiem. Fragmentem.

 

Widzę w tym rozwój. Głębię. Tajemnicę. Coś, czego być może nigdy do końca nie zrozumiem i nie poznam. 

 

Staram się dawać sobie przyzwolenie na te stany. Wsiadam na tę huśtawkę, na której raz jestem na górze, a raz na dole. Husiu-husiu. 

 

Usiłuję się nie oceniać. Nie mówić sobie, że jestem najgorszą matką i powinnam się wstydzić. Wstydzić za wątpliwości. Wstydzić za myśli. Wstydzić za czucie.

 

Tak podpowiada mi mój wewnętrzny krytyk, karmiący się momentami, w których jest najgorzej. Ignorujący te, gdzie  stanęłam na wysokości zadania. Dawałam. Dbałam. Byłam. 

 

Nie lubię, kiedy ktoś mówi mi, że jestem wspaniałą mamą. Bywam nią. Pewnie rzadziej niż bym chciała. Znacznie częściej balansuję pomiędzy skrajnościami.

 

Kiedy słyszę “Twoje dziecko ma szczęście, że trafiło na Ciebie”, myślę, że mogło trafić lepiej. Ale gorzej też. Los jednak splótł nas razem i wierzę, że ta historia jest “po coś”. Bardzo chciałabym, żeby była.

 

Każdego dnia wybieram, by nadawać jej sens. Niekiedy szukam go ze świecą. Wyskrobuje paznokciem. A innym razem przytulam się do Ciebie i nagle wszystko jest dokładnie takie, jak powinno być.

Posted on — Leave a comment

Kiedy dom przestaje być bezpiecznym miejscem…

Delikatne, półprzezroczyste firanki w kolorach kremowym i różowym, przepuszczające ciepłe światło słoneczne.

To jedna z rzeczy, która często zmienia się po diagnozie dziecka– dom przestaje być bezpiecznym miejscem. Nie można się w nim schronić, zaszyć, ukryć. Nie jest już przystanią. Oazą. Obszarem wytchnienia. Takim, do którego chce się wracać.

 

Dawniej przychodziliśmy tu po spokój. Zrzucaliśmy ubrania. Wkładaliśmy kapcie. Czekaliśmy na ten moment. Myśleliśmy o nim. Był synonimem odpoczynku. Nagrody. Spokoju.

 

Dom dawał nam poczucie bycia u siebie. W swoim azylu. We właściwym miejscu. To tutaj schodziło z nas napięcie, pojawiała się swoboda i luz. To tutaj tworzyliśmy przestrzeń według własnych reguł. Na własnych zasadach. W oparciu o aktualne potrzeby. 

 

Decydowaliśmy. Mieliśmy wpływ. Wolnoć, Tomku, w swoim domku.

 

Dziś dom to sytuacje, które nie powinny mieć miejsca pod naszym dachem. Ani żadnym innym. Inne zapachy, przedmioty, organizacja przestrzeni. Czasem przedłużenie szpitalnej sali, czasem gabinetu rehabilitacyjnego. W szafkach leki. W szufladach dokumentacja medyczna. Już nie zdejmujemy napięcia wraz z butami w przedpokoju. Wnosimy je za próg, którego czasem wcale nie chcemy przekraczać.

 

Kiedyś nie rozumiałam, że wyjście do sklepu może być największym świętem. Okazją. Wydarzeniem. Szansą na pobycie w ciszy. W odcięciu. W chwilowym braku przytłaczającej odpowiedzialności. W miejscu, gdzie muszę decydować tylko o tym, jaki kupić chleb, a nie o sprawach, o których nie miałam zielonego pojęcia.

 

Pamiętam swoje początki. Siedzenie w zaparkowanym samochodzie. Stanie na wycieraczce z siatkami pełnymi zakupów i oczami pełnymi łez. Wahanie. Czy przekręcać klucz? Nacisnać klamkę? Czy jednak zostać tu. Po drugiej stronie. Z dala. Choć na moment. Na chwilę.

 

Po przekroczeniu progu, kończyła się “wolność”. Zaczynał tryb czuwania. Sprawdzania. Nasłuchiwania. Doglądania. Monitorowania. Zerkania kątem oka. Odpowiadania na potrzeby. Pełnej dostępności. Pełnej gotowości. Rano, wieczór, we dnie, w nocy. 

 

Miejsce, które miało być azylem, stało się klatką. Niewolą. Tęsknotą. Za tym, co było. Za prawdziwym życiem, które gdzieś obok wciąż się toczyło. Słońce nadal wschodziło na wschodzie i zachodziło na zachodzie. Ktoś szedł do pracy. Ktoś kupował kwiaty. Ktoś wybierał chleb. Tak po prostu. Zwyczajnie. Nie wiedząc nawet, jakim jest szczęściarzem, że może to robić. 

 

A my? Obsługiwaliśmy życie, zamiast naprawdę nim żyć.

 

Tak było. 

 

Na szczęście to już przeszłość. Wspomnienie. Historia. 

 

I choć dzisiaj dom nie jest już tym samym miejscem, mimo wszystko można “umeblować” go częściowo po swojemu. Bo bezpieczne miejsce to nie zawsze i nie tylko cztery ściany. To także coś głębiej. Coś w nas.

 

I właśnie o tym będą przyszłotygodniowe warsztaty “Moje bezpieczne miejsce”.

 

To spotkanie pomoże zbudować osobiste „miejsce powrotu”- źródło ukojenia, do którego można sięgać w chwilach napięcia i trudności.

 

Czwartek 23.04, 19:15. Zoom. Wstęp wolny.

 

Jesteś mamą OzN? Chciałabyś wziąć udział?

 

Napisz do mnie lub skomentuj WARSZTATY. Wyślę Ci szczegóły.

Posted on — Leave a comment

Lepiej wiedzieć, niż nie wiedzieć?

Jak często czujecie niepewność?

W ilu sytuacjach odpowiadacie “nie wiem”? Albo przynajmniej tak myślicie?

Czy towarzyszą Wam wątpliwości?

Czy podejmujecie decyzje, których skutków nie jesteście w stanie przewidzieć?

 

Rodzicielstwu dziecka z niepełnosprawnością towarzyszy nieustanny brak pewności. Obawy. Rozterki. Wahania. 

 

W świecie, w którym chcielibyśmy znać odpowiedź na każde pytanie, “nie wiem” brzmi jak porażka. Jak zaniedbanie. Jak przyznanie się do braku kompetencji.

 

Powinniśmy przecież mieć plan. Być przygotowani. Zawsze wiedzieć co dalej. W końcu mamy dostęp do nieskończonej ilości informacji. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Spędzamy długie godziny na analizowaniu danych, czytaniu opracowań, wpisywaniu w wyszukiwarkę kolejnych haseł. A mimo to… wciąż mamy poczucie, że niewiele z tego wynika. Że otaczają nas same znaki zapytania. Że stoimy w miejscu, nie mogąc ruszyć dalej. Zmienić swojej sytuacji. Spowodować poprawy.

 

Chcemy się upewniać, sprawdzać, dowiadywać, mieć gwarancję. Czytamy, pytamy, konsultujemy. Zbieramy wiedzę, opinie, stanowiska, oceny, poglądy. Często pozostają one ze sobą w sprzeczności. Rodzą kolejne wątpliwości. Coś, co miało dać nam spokój, paradoksalnie nas od niego oddala. Bywa, że przeciążenie informacjami wprowadza chaos, generuje lęk i paraliż decyzyjny. Prowadzi do stanu, w którym, choć wiemy wiele, tak naprawdę nie wiemy nic.

 

Niewiedza sprawia, że tracimy poczucie kontroli. A niepewność i brak kontroli to czasem stan, z którym radzimy sobie gorzej niż ze złą, ale niepozostawiającą złudzeń wiadomością. W myśl zasady, że najgorsza prawda jest lepsza niż… 

 

Często czekamy na moment, w którym wszystko wyda się jasne, a my poczujemy pewność. Decyzje nie będą wzbudzały wątpliwości. Rozwiązania staną się oczywiste. Wybory najlepsze z możliwych. Stan taki pojawia się jednak niezwykle rzadko, co nie oznacza, że zwalnia nas to z podejmowania codziennych decyzji o niewiadomych skutkach.

 

Wybierając jedną opcję, rezygnujemy z innych, tracąc szansę na to, że przekonamy się, co mogłoby się stać. W alternatywnej rzeczywistości. W innym scenariuszu. Każda decyzja to jakaś szansa, ale jednocześnie rezygnacja. Możliwość i utrata. Odpowiedzialność i konsekwencje, które będziemy musieli ponieść. My i nasze dzieci.

 

Bywa tak, że pochłaniają nas myśli o tym, “co by było gdyby”. O wszystkich niewybranych możliwościach, niesprawdzonych wariantach, pomysłach porzuconych wpół drogi. Zastanawiamy się, czy mogliśmy podjąć lepsze decyzje, wybrać mądrzej, coś przewidzieć, czemuś zapobiec.

 

Pytania bez odpowiedzi mogą nas mobilizować do poszukiwania, ale także wyczerpywać nasze zasoby. Stanowić dodatkowy stresor, który wcale nam nie służy. Warto odróżnić wiedzę, która nas wspiera od kompulsywnej potrzeby upewniania się i tropienia idealnych opcji. Nauczyć się żyć w trybie “nie wiem”. Przyjąć, że być może stuprocentowej pewności po prostu nie ma i nie będzie, a my nie musimy mieć opinii na każdy temat i znać odpowiedzi na każde pytanie. Możemy pozwolić sobie na błądzenie, uczenie się, sprawdzanie, testowanie różnych rozwiązań. 

 

Możemy spojrzeć na życie, jak na proces. Coś, co nie zamyka się w prostym równaniu z jasnym rezultatem, ale wciąż rozwija i zmienia. Pojawiają się nowe okoliczności, pomysły, sposoby. Coś, co było wiodącym wątkiem, schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca czemuś innemu. Przed nami wiele zaskoczeń. Problemów, które pojawią się po drodze i szans, o których nie mieliśmy pojęcia.

 

Zamiast pytać: “Jak dowiedzieć się wszystkiego?”, być może powinniśmy raczej zastanowić się nad tym:

 

 “Jak żyć z tym, że się tego nie dowiemy?”

 

Jak oswoić niepewność? Jak przyzwyczaić się do wątpliwości? Zaakceptować niejasność, chwiejność i niezdecydowanie, które nam towarzyszy?

 

Akceptacja wprowadza bowiem więcej spokoju niż wszystkie próby uzyskania pewności. 

Posted on — Leave a comment

Objawy cichego przeciążenia, które ignorujemy

Zmęczona kobieta w białej koszuli trzymająca okulary i masująca czoło w biurze

“Przecież to moje dziecko”.

“Nikt inny tego za mnie nie zrobi”.

“Nie mam wyjścia”.

“Muszę być silna/y”.

“Wcale nie jest tak źle”.

“Poboli i przestanie”.

“Co mnie nie zabije, to wzmocni”.

 

Jako rodzice dzieci z niepełnosprawnościami, często próbujemy oszukać zmęczenie, zakrzywić czasoprzestrzeń, wykrzesać z siebie resztki sił. Bierzemy wszystko na klatę, dźwigamy na barkach, stawiamy czoła każdej trudności. Przyjmujemy postawę bohaterki/bohatera. Wybawcy. Zosi-samosi. Chcemy być wytrwali, nieugięci, samodzielni i niezłomni. 

 

Próbując ratować bliskich, skupiając się na zadaniach do wykonania, powoli i niepostrzeżenie przekraczamy własne granice. Naciągamy możliwości. Nadwyrężamy siły. Ignorujemy zmęczenie. Zaniedbujemy własne potrzeby. 

 

Przeciążenie pojawia się stopniowo, przychodzi po cichu. Coś, co kiedyś nie sprawiało nam trudności, zaczyna pochłaniać coraz więcej sił. Kosztuje zbyt wiele. Spada nasza energia i motywacja do działania. Kurczą się zasoby. Maleją możliwości.

 

Wypalamy się. Powoli, lecz nie bez ostrzeżenia. Organizm wysyła nam różne sygnały. Często przez długi czas. Dopóki jakoś dajemy radę, łatwo nam je zignorować. Do wielu z nich się przyzwyczajamy. Jesteśmy za pan brat z dyskomfortem, zmęczeniem, lękiem, stresem sięgającym poza skalę. Warunki, w których na co dzień żyjemy, stają się dla nas elementem tła. Coś, co u kogoś innego wywołałoby niepokój, dla nas jest czymś zwyczajnym, normalnym, powszednim. Nie skłania nas do podjęcia żadnych działań, nie wzbudza adekwatnej reakcji.

 

Jakie są ciche objawy przeciążenia, które łatwo jest nam zignorować?

 

1.Irytacja o drobiazgi

 

Powtarzanie rutynowych czynności. Odtwarzany codziennie rytm dnia. Zadania. Powinności. Oczekiwania. Zobowiązania. Załatwienia. Mnóstwo spraw, o których musimy pamiętać. Terminy, wizyty, terapie, wnioski, zaświadczenia, recepty, skierowania, podpisy. Układ nerwowy w wiecznym stanie pobudzenia. Walcz albo uciekaj. Zjedz kogoś, albo sam zostań zjedzony. Prawo dżungli. Walka z czasem. Z systemem. Z własnymi ograniczeniami. Wóz albo przewóz. 

 

Dla mózgu, który jest skrajnie przeciążony, każdy nowy bodziec jest traktowany jako zagrożenie. Najmniejszy problem, może uruchomić lawinę. Być kroplą, która przeleje czarę. Wywoła reakcję nieadekwatną do sytuacji. Na pierwszy rzut oka nieproporcjonalną, wyolbrzymioną, przesadzoną. Pod spodem jednak czai się coś, co długo pozostawało w ukryciu. Przeciążało. Osłabiało naszą zdolność do samokontroli.

 

2. Spadek odporności

Częste infekcje. Ból gardła. Katar niewiadomego pochodzenia. Przeziębienie utrzymujące się przez dłuższy czas. Opryszczki. Problemy z cerą. Rany, które nie chcą się zagoić. Bóle mięśni i stawów nie spowodowane urazami mechanicznymi.

 

Choroba to dla wielu rodziców-opiekunów luksus, na który nie mogą oni sobie pozwolić. Chorują w tle. Na posterunku. Na wiecznej warcie. Ignorują symptomy, badania, wizyty lekarskie. Nie doleczają infekcji. Zaniedbują profilaktykę. Nie myślą o sobie.

 

Długotrwały stres skutecznie obniża odporność, o czym przekonujemy się często, kiedy ciało odmawia nam posłuszeństwa. Wysyła sygnały. Nawołuje do zatrzymania. Odpoczynku. Troski.

 

3. Senność

 

Nie taka, która mija po przespanej nocy. Ale taka, która staje się akompaniamentem codzienności. Stałym elementem krajobrazu. Często także mechanizmem obronnym, kiedy mózg próbuje się “wyłączyć”, gdy wszystko to, co naokoło staje się zbyt trudne. Gdy sytuacja jest napięta. Gdy czujemy smutek. Stanowi wtedy próbę ucieczki, odcięcia się od tego, co nas przerasta. 

 

Często jesteśmy w stanie ciągłej czujności. Śpimy z jednym okiem otwartym. Nasz sen jest płytki, a jego jakość i ilość pozostawia wiele do życzenia. Nie regenerujemy się tym samym tak, jak powinniśmy. Nie wypoczywamy. Nie czerpiemy z niego wszystkich korzyści. 

 

4. Mgła mózgowa

 

Bywa, że przez brak snu, chroniczny stres i zaburzony rytm okołodobowy, nasz mózg wyłącza pewne procesy umysłowe. 

 

Widzimy wtedy wszystko, jak za szybą. Jakby świat dookoła nas spowijała gęsta mgła. Maleją nasze zdolności poznawcze. Słabnie koncentracja. Łatwo się rozpraszamy. Ciężko nam się skupić na jednym zadaniu. Z trudem dobieramy słowa. Mamy problem z logiką wypowiedzi, z przypomnieniem sobie najprostszych wyrazów. 

 

Trudności sprawia nam doprowadzanie spraw do końca. Przeładowana pamięć operacyjna powoduje, że zapominamy o podstawowych rzeczach, także o tym dlaczego i po co wykonujemy poszczególne czynności. 

 

5. Paraliż decyzyjny

 

Każdy dzień wymusza na nas wiele wyborów, które podejmujemy także “za dwoje”. Wszystkie one zmuszają nas do wykonania wielu procesów myślowych, które zużywają naszą energię. W pewnym momencie nasz mózg mówi “dość”. Stoimy wtedy przed półką w sklepie i zastanawiamy się jaką wybrać herbatę. Każda decyzja staje się dla nas tak samo trudna. Często odwlekamy jej podjęcie w nieskończoność. Przesuwamy w czasie, odraczamy, odkładamy na później. 

 

Możemy czuć przytłoczenie drobiazgami, a każde neutralne, proste pytanie, w rodzaju “co zjeść na kolację?”, odbierać jak sprawę życia i śmierci. Jak kolejną rzecz, którą musimy rozstrzygnąć. Bywa, że naszym życiem rządzi mechaniczna powtarzalność. Wybieramy wciąż to samo, by oszczędzić resztki energii, które jeszcze nam pozostały.

 

Często rozpamiętujemy w nieskończoność słuszność naszych decyzji. Z lęku przed popełnieniem błędu, kwestionujemy każdy wybór, zastanawiając się “co by było, gdyby” i gdzie zaprowadziłoby nas alternatywne rozwiązanie. 

 

6. Anhedonia

 

Bywa, że nasza radość z życia powoli maleje. Ulatuje, jak powietrze z przebitego balona. To, co kiedyś sprawiało nam radość, przestaje już cieszyć. Coraz mniej rzeczy wywołuje uśmiech, zachwyca, porusza. Wszystko wydaje się jałowe, szare i bez wyrazu. Robimy rzeczy mechanicznie lub całkowicie z nich rezygnujemy, bo „to i tak nic nie daje”. Tracimy poczucie sensu. 

 

Czujemy się jak za szybą. Patrzymy na innych ludzi i chcielibyśmy być, jak oni. Uczestniczyć w ich entuzjazmie, spontaniczności, radości. Czuć satysfakcję z tego, co nam się udało, zamiast ciężaru, z którym zaczyna nam się kojarzyć każdy kolejny dzień. 

 

Jeśli czytając to coś poczułaś/eś, jeśli pomyślałaś/eś “to o mnie”, wiedz, że nie jesteś sam. To nie dowód na to, że coś jest z Tobą nie tak. Że jesteś złym rodzicem. Że nie radzisz sobie z rzeczywistością. 

 

To sygnał o tym, że zbyt długo radziłaś/eś sobie ponad miarę. Krzyk organizmu, który przez zbyt długi czas był wystawiony na ekstremalne warunki.

 

Zatrzymaj się na moment. Weź głęboki oddech. Nie naprawisz wszystkiego dzisiaj. Ale możesz przyjrzeć się temu, co jest. Uznać, że masz prawo do zmęczenia, do irytacji, do braku sił. Zadecydować, że czas przestać to ignorować. 

Posted on — Leave a comment

4 sposoby na stawianie granic w gabinecie

W gabinetach lekarskich często wciąż króluje asymetria. To nie wspólny cel. Nie relacja partnerska. Nie kontakt pomiędzy ludźmi, którym zależy na tym samym. Kiedy czytam Wasze komentarze, szklą mi się oczy. To bezsensowne cierpienie. Niezawinione. 

 

Często wchodzimy tam skurczeni, ze spuszczoną głową. W strachu o to, co tym razem usłyszymy. Jak zostaniemy potraktowani. Czy nasze dziecko będzie tylko pacjentem, diagnozą i statystyką, czy ktoś dostrzeże w nim także człowieka. Przywita się. Poda rękę. Popatrzy w oczy. Czy będzie z nami rozmawiał, czy po prostu przekaże informacje. Czy przedstawi nam plan A, B i C. Zapyta nas o zdanie. Uwzględni to, co mówimy. 

 

Z góry przepraszamy, że zajmujemy czas. Jakby w ogóle nie powinno nas tam być, a osoba siedząca naprzeciwko nie wykonywała właśnie swoich obowiązków zawodowych. Kiedy padają terminy, których nie rozumiemy, kiwamy głowami. Nie zadajemy pytań. A kiedy padają słowa, które ranią lub oceniają nasze życie- milczymy. Ze strachu, by nie zrazić do siebie kogoś, od kogo zależy zdrowie naszego dziecka.

 

Wiem, że nie zmienimy systemu medycznego jednym postem. Nie nauczymy wszystkich empatii. Potrzeba wiele czasu, by wzrosła świadomość. By zmieniły się standardy. Mamy ograniczony wpływ na to, kiedy to nastąpi i czy w ogóle się wydarzy. Ale mamy wpływ na siebie. Na to, z jakimi emocjami wchodzimy do gabinetów, jaką przyjmujemy postawę, jak rozmawiamy ze środowiskiem medycznym, na co się godzimy, i co ze słów lekarzy bierzemy do siebie.

 

Co może nam pomóc w tym, aby czuć się pewniej i przejść od trybu “przestraszonego petenta” do “partnera w leczeniu?”

 

Notatki

 

Sytuacje gabinetowe bywają stresujące. Bywa, że zapominamy, co chcieliśmy powiedzieć i o co zapytać. Nie pamiętamy także słów lekarza. Nawet jeśli wydawało nam się, że wszystko rozumiemy, często po wyjściu z gabinetu, nie potrafimy sobie przypomnieć szczegółów lub opowiedzieć o tym, jak przebiegła wizyta. W takich chwilach warto mieć ze sobą notatki. Zapisane pytania i kwestie, o których chcielibyśmy porozmawiać. Ułatwia to koncentrację i trzymanie się ważnych dla nas wątków. Daje pewność, że niczego nie pominiemy. Porządkuje. Stwarza też możliwość zapisywania tego, co usłyszymy. Trudnych słów. Niezrozumiałych terminów. Planów działania. Wszystkiego tego, co dla nas ważne. Do czego możemy wrócić w bardziej sprzyjających okolicznościach. W ciszy. W bezpieczniejszym dla nas miejscu. Notatki pokazują także drugiej stronie, że traktujemy sprawę poważnie. Że jesteśmy przygotowani. Że oczekujemy konkretów.

 

Zatrzymanie

 

Bywa, że czujemy się przytłoczeni ilością informacji. Lekarskim monologiem, za którym możemy nie nadążać. Mamy prawo do przerwy. Do wejścia w słowo. Do zatrzymania. Dopytania. Wyrażenia swoich bieżących wątpliwości. Na gorąco. Nie wtedy, kiedy lekarz powie już wszystko i udzieli nam głosu. Wystarczy jedno zdanie z prośbą o wytłumaczenie czegoś prostszym językiem. Zmienia ono dynamikę rozmowy. Włącza dialog. Zmusza specjalistę do zejścia z piedestału terminologii. Gabinet lekarski to nie sala wykładowa. W stresie nasz układ nerwowy często nie koduje wszystkiego, co byłby w stanie przyjąć w normalnych warunkach. Czas wizyty ucieka, na korytarzu czeka kolejka. Zamiast słów, możemy słyszeć informacyjny szum. Warto dać sobie czas na oddech. 

 

Jedno zdanie

 

Bywa tak, że pewne sytuacje są powtarzalne. Czasem wiemy, czego się spodziewać. Na tej, czy innej wizycie. Kiedy czujemy, że lekarz zaczyna przekraczać granice, oceniać nasze działania, mówić krzywdzące rzeczy o naszym dziecku, nie musimy milczeć ani dusić w sobie płaczu, a po wyjściu z gabinetu opowiadać o tej sytuacji naszym bliskim ze łzami w oczach. Nie musimy także wdawać się w dyskusję, dawać się ponieść emocjom, mówić rzeczy, których później moglibyśmy żałować. W stresujących okolicznościach ciężko o asertywną reakcję, czy odpowiedź wymyśloną w ułamku sekundy. Często wychodzimy z gabinetu i wielokrotnie odtwarzamy to, co tam się wydarzyło, tworząc mnóstwo alternatywnych scenariuszy. “Mogłam zareagować tak…”, “Powinienem wtedy powiedzieć, że…”. Nie musimy polegać na improwizacji. Możemy mieć przygotowane jedno zdanie, które będzie służyć nam, jak koło ratunkowe. 

 

  • “To nie jest przedmiot tej konsultacji. Wróćmy do głównego wątku”.
  • “Czuję, że to zdanie nie jest obiektywne. Słyszę w nim ocenę. Chcę odwoływać się do faktów”.
  • “Szukanie winnych w niczym nam nie pomoże. Skupmy się na tym, co możemy zrobić z tą sytuacją”.
  • “To, co Pan/Pani mówi mi nie pomaga i nie wspiera procesu leczenia”.

 

Takie zdania mogą wiele zmienić, uświadomić specjaliście, że przekroczył granice, a nam pomóc odzyskać kontrolę nad sytuacją.

 

Świadek w gabinecie

 

Bywają konsultacje, które są szczególnie trudne. Od których wiele zależy. Bywają też lekarze, z którymi zawsze trudno nam jest rozmawiać. Przy których czujemy szczególny stres. W takich sytuacjach warto poprosić o obecność kogoś bliskiego. O to, żeby z nami pojechał. Żeby nam towarzyszył. Partnera. Koleżankę. Brata. Siostrę. Dzięki obecności zaufanej osoby, możemy poczuć się pewniej. To kolejna para uszu, z którymi możemy skonsultować to, co usłyszeliśmy. Osoba mniej zaangażowana emocjonalnie, która spojrzy na sytuację trzeźwym okiem. Wiem, że jako rodzice dzieci z niepełnosprawnościami jesteśmy przyzwyczajeni do działania w pojedynkę.  Bierzemy na siebie ciężar logistyki, umawiania wizyt i stania w kolejkach. Włączamy tryb “dzielnej matki” i “dzielnego ojca”. Nie chcemy stwarzać nikomu problemu. Nie chcemy nikogo martwić. Trudno nam prosić o pomoc. Często jest jednak tak, że nasi bliscy chcą uczestniczyć w tym, przez co przechodzimy, ale nie wiedzą jak. Nasze bezpośrednie pytanie może ich ośmielić. Pokazać, że ich obecność ma dla nas znaczenie. 

 

Lekarz jest ekspertem w wyuczonej dziedzinie, ale to Ty widzisz swoje dziecko na co dzień. Towarzyszysz mu w wielu różnych sytuacjach. Znasz jego zachowanie. Gesty. Reakcje. Masz swoje sprawdzone sposoby. Wiesz, co działa, a co nie. Twoja intuicja i wiedza nie są gorsze- są po prostu inne i równie niezbędne jak opinia specjalistów.

 

Sposoby na radzenie sobie z trudnymi emocjami znajdziecie także w publikacji „Powitalnik”, wydanej przez Stowarzyszenie Mudita. To przewodnik dla rodziców, który pomaga oswoić się z diagnozą dziecka. Powitalnik możecie pobrać tutaj.

 

A jakie są Wasze sposoby na trudne wizyty? 

Posted on — Leave a comment

„Z tego dziecka nic nie będzie”.

Dziś czytałam stare maile. Widzę ile w nich strachu. Desperacji. Błagania o pomoc. Przepraszania za zawracanie głowy. 

 

Wiele z nich pozostało bez odpowiedzi. Niektóre odsyłały do kogoś innego. “My nie wiemy”. “Nie zajmujemy się tym”. “Spróbujcie tam”. Konwersacje urwane w pół słowa. Nagły brak kontaktu.

 

Rozpoczął się rajd. Od specjalisty do specjalisty. Od gabinetu do gabinetu. Rodzina nie dotrzymywała kroku. Znajomi zostali w tyle. Nie było czasu na informowanie nikogo o tym, jaki jest kolejny krok i czy cokolwiek zmienił. Czy rozwiał wątpliwości. Czy wniósł nadzieję. 

 

Sami na placu boju. Samotni w historii, której bohaterami wcale nie chcieliśmy być. Otoczeni zapewnieniami, że “wszystko będzie dobrze”. Niezręcznością. Zmianą tematu. Spojrzeniami pełnymi litości.

 

Postawieni przed koniecznością tłumaczenia innym sytuacji, która dla nas samych była niezrozumiała. W końcu jeszcze chwilę temu wiedliśmy normalne życie, nie znając pojęć takich, jak hipoplazja, agenezja i wentrikulomegalia. Wtedy okazało się, że są trudniejsze zwroty niż „Jola lojalna” i „szedł Sasza suchą szosą”. Trudniejsze pod każdym względem.

 

Cisza wiadomości mailowej została przerwana. Siadaliśmy naprzeciwko lekarzy wielu specjalności. W różnokolorowych gabinetach. Patrząc w oczy osobom, od których właśnie zaczął zależeć nasz los. Spijając każde słowo z ich ust. Czasem takie, które w ogóle nie powinno paść. Proceduralne. Zimne. Pozbawione empatii.

 

Długo myślałam, że jesteśmy jedyni. Tak wyszło. Przypadek. Splot czasu i okoliczności. Tłumaczyłam to stresującą pracą. Zbyt długim dyżurem. Problemami osobistymi. Usprawiedliwiałam zachowanie, którego nie tłumaczyło nic. 

 

A mimo to, jestem pewna, że po nas, na tych samych krzesłach, w tych samych gabinetach siadali inni ludzie. Patrzyli w te same oczy i słyszeli podobne rzeczy, od których włos jeży się na głowie. Z którymi pozostaje się już na zawsze. Które nosi się w sercu i wraca do nich co jakiś czas. Na które nie wiadomo jak zareagować. Co odpowiedzieć. 

 

Przeważnie nie mówi się nic. 

 

Ze strachu. Z bezsilności. Żeby nie zaszkodzić. Sobie i dziecku. 

 

To relacja totalnej zależności. Asymetryczna. Podległa.

 

Lepiej siedzieć cicho. Nie wychylać się. Przyjmować wszystko z pokorą. 

 

„Z tego dziecka i tak nic nie będzie.”

“Szkoda czasu na terapie”.

„Urodzi sobie pani drugie, zdrowe.” 

“Trzeba było…”

“Trzeba było nie…”.

„Teraz to już za późno na płacz.” 

„Będzie leżał jak roślinka.”

 

Nie użyłam tych zdań, żeby dodać dramaturgii. To coś, co słyszę z wielu stron. Fragmenty prawdziwych opowieści. Stwierdzenia, które rodzice w naszym kraju słyszą właśnie wtedy, kiedy najbardziej potrzebują zrozumienia i wsparcia. Kiedy nie wiedzą co robić. Kiedy próbują wyobrazić sobie co będzie dalej. I nie mają siły, by stanąć w swojej obronie. Wyrazić niezgodę. Zbuntować się. Zawalczyć.

 

A nawet, gdyby potrafili? Czy ktoś by ich posłuchał? Zrozumiał swój błąd?

 

Biały fartuch wiele usprawiedliwia. Rodzi autorytet. Budzi respekt. Jak moglibyśmy znać się na czymś lepiej niż specjalista? Bez studiów medycznych. Bez fachowej wiedzy. Wyposażeni wyłącznie w rodzicielską intuicję. To nierozsądne. A może i głupie. Jak wielu z nas toczy te dyskusje w swojej głowie? Jak wielu waha się, czy o coś zapytać, coś zakwestionować, wypowiedzieć swoje zdanie?

 

Zbyt wielu. Bo zaskakująco często to wcale nie jest dialog. To wyłącznie przekazywanie informacji. W sposób pozostawiający wiele do życzenia. Bez wyczucia. Taktu. Delikatności. 

 

Mimochodem. Na szpitalnych korytarzach. Podczas obchodów. Pomiędzy pacjentami. 

 

A przecież wystarczyłoby tak niewiele. Przesunięcie wzroku z monitora na człowieka. Zwykłe, ludzkie zapewnienie o tym, że możemy liczyć na wsparcie. Że ktoś zrobi dla nas tyle, ile będzie w stanie. Że możemy pytać. Mieć wątpliwości. Z czymś się nie zgadzać. Że nasze zdanie jest ważne. Że nie jesteśmy tłem.

 

Dlatego tak ważne, że powstał „Powitalnik”, który pozwala oswoić się z diagnozą. To publikacja, którą możecie bezpłatnie pobrać tutaj.

 

A Ty? Jakie zdanie nosisz w sobie do dziś?

 

Więcej refleksji wokół macierzyństwa bez instrukcji zawarłam w publikacji „Poczytaj. Pomyśl. Pobądź”, którą znajdziecie tu.

 

Każde pobranie to wsparcie moich działań, za które serdecznie dziękuję!

Posted on — Leave a comment

Piątek, 13:00. Kod do zmiany życia.

Był piątek. Ciepły, słoneczny, letni dzień. Od jakiegoś czasu odświeżałam pocztę. Czekałam na wiadomość, która miała odmienić moje życie na zawsze. Wtedy jeszcze miałam nadzieję. Trzymałam się jej do końca. Ciągle przecież czyta się historię różnych pomyłek. Sprzęt zawiódł, lekarz źle spojrzał, ktoś błędnie coś zinterpretował, popełnił błąd. 

 

Wchodziłam na pocztę kilkanaście razy dziennie, by w końcu na ekranie pojawiła się TA wiadomość, a w niej pdf, który trzeba było otworzyć kodem. Przeczytałam go od początku do końca. Choć niewiele rozumiałam, wiedziałam jedno- to nie było to, na co czekałam, co chciałam wtedy przeczytać. Wśród wielu różnych terminów, brzmiących jak słowa z innego świata, pojawiały się także takie, które nie pozostawiały złudzeń- nieprawidłowy, asymetria, niewidoczne. 

 

Nie wiedziałam jeszcze, że już wkrótce będę znała każdy z nich. Recytowała go z pamięci, bez zająknięcia. Jeden po drugim. Że już niedługo będą to słowa z mojego świata. Powszechne. Używane. Obecne. Powtarzane różnym ludziom w różnych kontekstach i okolicznościach. Dające pełny obraz sytuacji. Mówiące pokrętnie o tym, jak od teraz miało wyglądać nasze życie.

 

Wtedy dotarło do mnie, że to nie będzie historia, którą opowiada się innym, aby dodać im otuchy. To nie opowieść o szczęśliwym zakończeniu. O sytuacji, która wydawała się beznadziejna, a jednak wcale taka nie była. Nie będziemy jej opowiadać na rodzinnych spotkaniach, jako anegdotkę, z której od teraz wszyscy będą się śmiać, patrząc na małego człowieka, z roku na rok zmierzającego w kierunku dorosłości. 

 

Będzie to raczej wielka luka, która nigdy nie zostanie wypełniona. Scenariusz zupełnie innych losów, nie przebiegający tak, jak wszystkie pozostałe. Coś innego. Nieoczekiwanego. Niezręcznego. Coś, z czym nie wiadomo jak się oswoić. Jak o tym dalej opowiadać. Jak tłumaczyć, kiedy samemu nie rozumie się tego, co właśnie się wydarzyło.

 

Piątek. Godzina 13:00. Zwykły dzień. Pora obiadowa. Różne sprawy odłożone na bok. Niedokończone. Pozostawione w połowie. Baby shower zaplanowany na ten wieczór. Albo kolejny. Nie pamiętam. Bezradność. Chęć rozmowy z kimś, kto pomoże rozszyfrować wszystkie ciągi cyfr, zakresów i obcych słów. Widmo weekendu, który to wszystko uniemożliwi. “Trzeba czekać”, wypowiadane znacznie częściej, niż chcielibyśmy usłyszeć. A później już tylko “nie wiadomo”, “okaże się” i “nic nie możecie zrobić”. 

 

Kiedy teraz o tym wszystkim myślę, zastanawiam się dlaczego. Dlaczego ktoś postanowił o tym, że skontaktuje się z nami w taki sposób. Że wyśle wiadomość, zawierającą służbowy żargon zupełnie odmieniający nasz los. Że nie zadzwoni. Nie będzie szans na dialog. Na pytania. Na rozwianie wątpliwości. Że wszystko sprowadzi się do biurokracji i skanu z podpisem, który jako jedyny potwierdzał, że brał w tym udział jakiś człowiek, a nie tylko aparat Siemens Magnetom Avanto 1,5T (o czym akurat nie zapomniano nas poinformować). 

 

Gdzieś po drodze jednak pominięto wszystkie informacje o tym, co dalej powinniśmy zrobić. Gdzie się udać. Co załatwić. Z kim się skonsultować. Kto może nam pomóc, doradzić, poprowadzić dalej.

 

Zostałam więc z niczym. Z ciszą, która boleśnie podsycała moje wątpliwości. Z milionem pytań, których nigdy w życiu nie chciałabym zadawać. A jednak musiałam. Ale nie miałam komu. 

 

Nasza droga nie zaczęła się od rozmowy, a od kodu do zaszyfrowanego pliku.

Dziś wiem, że ta cisza ma swoją nazwę. To brak zaopiekowania. Gdybym wtedy dostała do ręki coś więcej niż wynik rezonansu… Może byłoby łatwiej.

 

Dlatego zostałam Ambasadorką „Powitalnika”- wyjątkowej publikacji Stowarzyszenia Mudita, która przeprowadza rodziców przez najtrudniejszy czas po diagnozie dziecka. To coś, czego mi bardzo zabrakło. Mapa w chaosie. Ludzki gest w stronę osób, które właśnie tracą grunt pod nogami.



Nikt nie powinien uczyć się nowego świata w samotności.



Publikację możecie pobrać bezpłatnie tutaj.

Posted on — Leave a comment

Czy wszystko jest kwestią nastawienia?

Podobno człowiek jest kowalem własnego losu. Mając w ręce odpowiednie narzędzia, potrafi nadawać mu preferowany kształt. Może przecież podejmować decyzje, dokonywać zmian, działać na swoją rzecz. Może wyznaczać sobie cele i dążyć do ich realizacji. Wybierać to, co mu służy.

 

Narracja ta podkreśla sprawstwo. Kryje się za nią przekonanie, że jeśli tylko odpowiednio się postaramy, uda nam się osiągnąć to, co sobie założymy.

 

Historię tę odpowiadają zazwyczaj osoby, którym coś wyszło, które zrealizowały swoje marzenia, urzeczywistniły plany, osiągnęły sukces. Podkreślają tym samym swoje zasługi, siłę i determinację oraz wiarę w to, że mogą kontrolować wszystko, co pojawia się na ich drodze.

 

Nasza kultura promuje etos jednostki, która walczy o swoje prawa i siłą woli pokonuje wszystkie trudności. Jest self-made-manem. Kimś niezależnym, decyzyjnym, skutecznym. Współczesny świat próbuje nas przekonać o tym, że osiągnięcie pewnych celów jest wyłącznie wypadkową zaangażowania, determinacji i wewnętrznej decyzji. 

 

W końcu chcieć to móc. Wszystko zależy od Ciebie. Dla chcącego nic trudnego. Granice istnieją tylko w Twojej głowie. Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. Jak się chce, to się da. 

 

A jeśli się nie udało… Cóż. Znaczy, że za mało się starałaś/eś.

 

Nie manifestowałaś/eś. Nie wizualizowałaś/eś. Nie pragnęłaś/ąłeś wystarczająco.

 

Wszak wszystko to, co nas spotyka, jest wyłącznie naszą zasługą lub naszą winą.

 

Nie ma w tym nic złego, że jako ludzie chcemy być sprawczy. Oddziaływać na rzeczywistość. Mieć na nią wpływ. 

 

Wyobraźmy sobie jednak, że naprawdę wszystko zależy od nas. Jak Wam to brzmi? Czy widzicie w tym szansę, czy może odpowiedzialność, która przytłacza?

 

W przekonaniu tym, które przecież może dodawać nam skrzydeł i motywować do działania, jest jednak pewien haczyk. Nie uwzględnia ono zewnętrznych okoliczności. Czynników sytuacyjnych. Wszystkiego tego, co dzieje się naokoło i wywiera na nas wpływ. Jest w nim także ukryte założenie, że skoro wszystko jest w naszych rękach, to ręce te zawsze muszą być silne i dźwigać to, co podrzuca nam życie. Najlepiej samodzielnie. To w końcu tylko i wyłącznie nasza sprawa.

 

Myśląc w ten sposób, bardzo łatwo możemy obwiniać siebie za wszelkie niepowodzenia. Widzieć w napotkanych trudnościach wyłącznie wynik własnych zaniedbań, niedopatrzeń, uchybień. Frustrować się, że coś nie wychodzi nam tak, jakbyśmy chcieli. Próbować zmienić to, na co zupełnie nie mamy wpływu. W symbolicznym sorterze, wciąż próbować włożyć kółko do trójkąta i wciąż dziwić się, że nie pasuje, bo ktoś kiedyś kazał nam uwierzyć, że zawsze i wszędzie chcieć = móc.

 

A my lubimy wierzyć w takie rzeczy. Nasz mózg lubi porządek. Chętnie szufladkujemy, nadajemy etykiety, upraszczamy, aby coś było zgodne z naszą wizją. Często myślimy w czarno-biały sposób. Chcemy, żeby świat był sprawiedliwy, logiczny, bezpieczny i przewidywalny. Jest w nim jednak znacznie więcej szarości, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. 

 

To, że coś nam nie wychodzi, nie zawsze oznacza, że staramy się za mało. Nie wszystko da się zmienić. A my nie musimy próbować za wszelką cenę. Ani znać odpowiedzi na każde pytanie. Kończyć wszystkiego, co zaczęliśmy i nigdy nie zmieniać zdania.

 

Nie musimy. A jednak zaskakująco często tak właśnie robimy. Żeby zyskać uznanie. Żeby przynależeć. Żeby nie odstawać. 

 

Wpisujemy się w to, czego oczekują od nas inni i podążamy tą drogą, wierząc, że jeśli tylko odpowiednio się postaramy, uda nam się osiągnąć to, czego wymagamy od siebie i  czego wymaga od nas świat. 

 

Przekonanie o własnej sprawczości nie jest niczym złym, o ile dopuszcza alternatywne scenariusze. Nastawiając się pozytywnie do wyzwań, które przed nami, możemy sprzyjać ich realizacji, otwierać się na nowe pomysły i rozwiązania. Kiedy wyobrażamy sobie korzystny przebieg podejmowanych przez nas działań, wydają się one w zasięgu ręki, a to wzmacnia naszą motywację do ich podejmowania. Przestajemy widzieć wyłącznie przeszkody, ale zauważamy także wszystko to, co nam sprzyja. 

 

Nasz mózg nie odróżnia tego, co sobie wyobrażamy, od tego, czego faktycznie doświadczamy. W jednym i drugim przypadku, aktywuje te same obszary. Nie oznacza to jeszcze, że wystarczy jedynie o czymś myśleć, aby plany stały się rzeczywistością. Do tego potrzebne są konkretne działania i tzw. aktywny optymizm, czyli wiara w sukces połączona z wysiłkiem i własną inicjatywą. Dopiero to pozwala nam próbować, działać i dążyć do celu. Patrzeć na sytuacje z wielu różnych punktów widzenia, a kiedy coś nam nie wychodzi- ponownie oceniać własne położenie. Zastanawiać się nad tym, jak rozwiązać problemy, które stają nam na drodze, a własnym działaniom nadawać znaczenie i sens. 

 

Nasze nastawienie nie jest magiczną różdżką, która zmienia rzeczywistość, ale zmienia sposób, w jaki jej doświadczamy. Zawsze możemy wybrać, czy jesteśmy surowym kowalem, który w pocie czoła próbuje wykuć to, co niemożliwe, czy łagodnym towarzyszem, przeprowadzającym nas przez życiowe przeszkody. Takim, który wie kiedy walczyć, a kiedy po prostu usiąść i odpocząć, akceptując, że niektóre klocki w naszym sorterze mają inny kształt. 

 

Doceńmy wszystkie swoje starania, niezależnie od tego, czy efekt końcowy dorówna motywacyjnym hasłom, które na co dzień słyszymy. Kiedy przestajemy robić rzeczy za wszelką cenę, pojawia się więcej przestrzeni na bliskość, uważność i wewnętrzny spokój. 

Posted on — Leave a comment

Gdy wszyscy biją brawo, opiekunowie cicho odchodzą…

Czy wiesz, że matki opiekujące się przewlekle chorymi dziećmi żyją krócej niż ich odpowiedniczki w tym samym wieku?

 

Biologiczna różnica wieku jest wprost proporcjonalna do liczby lat sprawowania opieki.

 

Przewlekły stres psychiczny pochłania zasoby i możliwości organizmu przyczyniając się do zmian na poziomie komórkowym. 

 

Stwarza to większe ryzyko chorób serca, nowotworów, insulinooporności, przewlekłych stanów zapalnych i osłabienia odporności, które mogą skutkować przedwczesnym zgonem. 

 

Matki dzieci przewlekle chorych, czy z niepełnosprawnościami częściej zapadają na infekcje i wolniej zdrowieją.

 

Choć są w grupie podwyższonego ryzyka, bardzo często zaniedbują własne zdrowie. Rezygnują z badań profilaktycznych, wizyt u specjalistów, odpowiedniej suplementacji. Choroby, które można by wyleczyć, są u nich diagnozowane w stadiach terminalnych.

 

Zazwyczaj także gorzej jedzą, gorzej śpią i mniej się ruszają, co bezpośrednio przekłada się na wyższą śmiertelność z przyczyn naturalnych.

Okoliczności te zwiększają także ryzyko wystąpienia epizodów depresyjnych, chorób psychosomatycznych i innych zaburzeń zdrowia psychicznego, które mogą skrócić przewidywaną długość życia. 

 

Według najnowszych badań przeprowadzonych w Wielkiej Brytanii, 41% matek dzieci z niepełnosprawnością miało myśli samobójcze w trakcie sprawowania opieki, a 1 na 12 z nich przyznała, że stworzyła konkretny plan odebrania sobie życia. 

 

Nie bez znaczenia pozostają także cechy osobowości wytworzone w celu adaptacji do sytuacji, w której się znalazły:

 

  • kompulsywna troska o potrzeby innych, przy jednoczesnym zaniedbywaniu własnych,
  • sztywna identyfikacja z rolą społeczną i związaną z nią odpowiedzialnością,
  • przekonanie, że własne istnienie należy uzasadniać dawaniem i działaniem,
  • tłumienie trudnych emocji.

 

Cechy te, służące odnalezieniu się w aktualnych okolicznościach, stanowią jednocześnie czynnik ryzyka. Sprzyjają nadmiernej orientacji na zewnątrz i zaniedbywaniu siebie. To, co pomaga przetrwać kryzys, jednocześnie zabija.

 

Choć dane te są alarmujące, nie wzbudzają zainteresowania adekwatnego do sytuacji. 

 

Zjawiska występujące na porządku dziennym, stają się bowiem nową “normą”. Pod wpływem częstego kontaktu z nimi przestajemy reagować emocjonalnie. Przymykamy oko. Zamiatamy pod dywan. 

 

Postawa mam dzieci z niepełnosprawnościami, jest postawą, aprobowaną społecznie. Taką, której się od nich oczekuje. 

 

Coś, co przyczynia się do wielu negatywnych konsekwencji, traktujemy jak atut. Zaletę. Mocną stronę. Podejście zasługujące na szacunek i podziw. Widzimy w nim ciepło, czułość, troskę, dbałość i opiekuńczość, nie poświęcenie, przekraczanie własnych granic i ignorowanie potrzeb.

 

Bardzo trudno jest sięgnąć po pomoc, kiedy nie dostrzega się takiej konieczności. Bardzo trudno jest szukać wsparcia, kiedy wszyscy naokoło utwierdzają w przekonaniu, że wszystko jest tak, jak być powinno. 

 

A jednocześnie, wszystkie badania dotyczące dobrostanu opiekunów wskazują na rolę, którą w profilaktyce wypalenia odgrywa pomoc ze strony otoczenia- wsparcie społeczne lub jego brak. 

 

Nie jest ono jedynie „miłym dodatkiem” ułatwiającym życie, a jednym z kluczowych czynników biologicznych, pozwalających nam odnaleźć się w trudnej sytuacji życiowej. Dzięki obecności innych, nasze ciało wydziela bowiem określone hormony, redukuje stres i poziom cytokin zapalnych. Zmniejsza uczucie bezradności i “uwięzienia”, pozwalając lepiej radzić sobie w różnych okolicznościach.

 

Osoby osamotnione w opiece reagują nadmiernym pobudzeniem w sytuacjach, które nie wymagają dużego zaangażowania emocjonalnego, a przez to ich ciało jest w ciągłym napięciu i “trybie przetrwania”. Badania pokazują, że brak wsparcia społecznego jest dla zdrowia tak samo szkodliwy, jak palenie 15 papierosów dziennie. 

 

Grupy wsparcia są uważane przez psychologów klinicznych za najskuteczniejszą niefarmakologiczną metodę ochrony zdrowia psychicznego i fizycznego opiekuna. Ich siła nie polega tylko na rozmowie, ale także na konkretnych procesach psychologicznych i neurobiologicznych, które zachodzą, gdy spotykamy osoby w podobnej sytuacji.

 

Może czytasz to i myślisz: „To o mnie, ale nie mam siły szukać pomocy”. Rozumiem. Dlatego zrobiłam ten krok za Ciebie. Stworzyłam miejsce, gdzie nie musisz nikogo udawać ani o nic walczyć. Nie po to, żeby sobie „pogadać”, ale po to, by towarzyszyć sobie w wymagającej codzienności. By być dla siebie kimś, na kogo można liczyć. Kimś, kto wysłucha i zrozumie.

 

Twoje zdrowie jest filarem, na którym trzyma się cały dom. Nie pozwól mu runąć.

Zaczynamy w ten poniedziałek. 

Wypełnij formularz.

Czekamy na Ciebie.

 

Posted on — 2 komentarze

A Ty, co widzisz?

Często postrzegamy nasze życie przez pryzmat tego, co nam się przytrafiło. Opowiadamy historie o tym, przez co przeszliśmy, by dojść do punktu, w którym jesteśmy teraz. Rozmawiamy o licznych przeszkodach, które napotkaliśmy po drodze. 

 

Skupiamy się na zmartwieniach. Na rozczarowaniach. Na wszystkim tym, co poszło nie tak. W opowieściach tych zestawiamy ze sobą to, jak jest, z tym, jak powinno być. Podkreślamy kontrast. Punktujemy rozbieżności. Wszystkie te momenty, w których wizje nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

 

Często patrzymy na nasze życie, jak na sumę strat. Akcentujemy to, co nam się nie udało. Bez trudu odnajdujemy bariery uniemożliwiające nam działanie. Blokujące to, co jeszcze mogłoby nas spotkać. Patrzymy na ograniczenia, zaprzepaszczone szanse, zamknięte drzwi. Na wszystko to, co nam odebrano. Bo los tak chciał. I nie pytał nas o zdanie.

 

Myślimy, że nie mamy wyjścia. Że nic się już nie zmieni. Że stoimy na szczycie równi pochyłej i od tej pory idziemy już wyłącznie w dół. Że to, co najlepsze już dawno za nami. Że nic dobrego nas już nie czeka. 

 

Brakuje nam wiary. Brakuje nadziei. Została nam tylko miłość, która pozwala nam jeszcze trwać.

 

Negatywne nastawienie sprawia, że wciąż oglądamy film o przegranym bohaterze, nieustannie podkreślając fakt, jak bardzo chcielibyśmy patrzeć na coś innego. Nie zastanawiamy się jak zmienić kanał, lecz krzyczymy do telewizora, aby wyświetlał inną fabułę, bo nie zgadzamy się z tym, co jest. 

 

Mamy wrażenie, że cały świat jest przeciwko nam. Że nic nie jest tak, jak być powinno. Szukamy winnych na zewnątrz. Myślimy “co by było, gdyby…”. I tworzymy w głowie listę spraw, które muszą się wydarzyć, żebyśmy w końcu byli szczęśliwi.

 

A gdyby tak nadać sens temu, co nas spotkało? Wyciągnąć lekcje z trudności i iść dalej? Nie dlatego, że coś nam sprzyja. Ale “pomimo”. To, co dla jednych jest katastrofą, dla nich stanowi jedynie wyzwanie. Tam, gdzie wczoraj widzieliśmy problem, dziś możemy dostrzec barierę do pokonania. Szansę, którą zapragniemy wykorzystać.

 

“Liczy się nie to, na co patrzymy, ale to, co widzimy”. Być może ważniejsze od tego, co nas spotkało, jest to, co z tym zrobimy. Jak odpowiemy na to, co przyniosło życie.

 

Odpowiedź ta często nie zależy od samej sytuacji, ale od tego, jak ją odczytamy i jakie nadamy jej znaczenie. 

 

Każdy z nas- nawet jeśli czuje, że nie ma wyjścia- nieustannie podejmuje decyzje o tym, co robić, jak to robić i czy w ogóle się da. To wewnętrzne przekonanie motywuje nas lub osłabia. Decyduje o tym, jak widzimy naszą przyszłość i czy czujemy, że mamy na nią wpływ. Czy będziemy szukać rozwiązań, czy próbować używać starych strategii, które w nowej rzeczywistości przestały już działać. Czy wybierzemy ślepe, ale dobrze znane uliczki, czy zdecydujemy się na spacer po nowym terenie, nawet jeśli wcale nie chcieliśmy na nim być. Czy będziemy szukać drogi, czy stać w miejscu i patrzeć wstecz.

 

“Musimy być gotowi porzucić życie, które sobie zaplanowaliśmy, aby żyć tym, które na nas czeka”.

 

To nowe życie, choć nieproszone i nieplanowane, jest jedynym, jakie mamy. Tu i teraz. Nie ocenia naszego żalu. Nie pogania żałoby. Po prostu jest. Czeka aż będziemy gotowi. Nie musimy kochać go od razu, ale wiele się zmienia, kiedy przestajemy z nim walczyć. Wtedy piękne zwroty akcji wciąż są możliwe, bo zaczynamy dostrzegać kolory, tam gdzie wcześniej panował wyłącznie mrok.