Intensywne rodzicielstwo

W ostatnim czasie bardzo popularny stał się termin “intensywne rodzicielstwo”. Opisuje on współczesny model wychowawczy, w którym rodzic całkowicie koncentruje się na dziecku, poświęcając mu mnóstwo czasu, energii i zasobów finansowych, aby zoptymalizować jego rozwój i stworzyć mu szeroko pojęte warunki do osiągnięcia maksymalnego dobrostanu.

 

W intensywnym rodzicielstwie:

 

💠 dziecko jest w centrum zainteresowania- jego potrzeby są traktowane priorytetowo i natychmiast zaspokajane, często kosztem potrzeb rodziców, czy innych dorosłych członków rodziny,

💠rodzic bazuje na opinii ekspertów- zanim podejmie jakąś decyzję, dogłębnie zapoznaje się z tematem, konsultuje, porównuje, czyta badania, analizuje; każdy wybór ma być “tym właściwym”, 

💠 rodzic nastawiony jest na rozwój dziecka- jego zadaniem jest odpowiednia stymulacja i maksymalizowanie jego potencjału przez np. zajęcia dodatkowe, zabawki edukacyjne, pomoce naukowe itd.,

💠 rodzic jest zaangażowany czasowo i emocjonalnie- jest ciągle dostępny i oddany, oczekuje się od niego, że będzie stale empatyczny, zorientowany, dobrze poinformowany, 

💠 występują wysokie koszty- duże wydatki na edukację, rekreację, czy rozwój zainteresowań.

 

W modelu tym dziecko traktowane jest jako “projekt”. I projektem staje się także całe rodzicielstwo, nakładając na rodziców różne zobowiązania, którym powinni oni sprostać, by zasłużyć na zaszczytne miano “dobrej matki”, czy “dobrego ojca”. Choć we własnych oczach rzadko kiedy nimi są. 

 

Presja społeczna narzuca bowiem wysokie standardy, często zawieszając poprzeczkę poza zasięgiem naszego wzroku. Jasno określa także obraz “idealnych” rodziców oraz “udanych” dzieci, a my wierzymy, że dzięki poświęceniu i wysiłkowi, zapewnimy im najlepszy możliwy start, że nie zostaną one “w tyle”, że cały świat będzie stał przed nimi otworem, a my wybrukujemy im drogę do sukcesu na każdym możliwym polu.

 

To, co standardowo można odebrać jako “nadgorliwość”, w przypadku rodziców dzieci z niepełnosprawnościami często jest zwyczajną koniecznością. 

 

W intensywnym rodzicielstwie OzN:

 

🔹 dziecko jest w centrum zainteresowania, ponieważ samodzielnie nie jest w stanie zaspokoić swoich potrzeb, które często wymagają od rodzica ogromnego nakładu czasu i energii,

🔹 rodzic bazuje na opinii ekspertów ze względu na specjalistyczne wymagania i konieczność podejmowania decyzji, które znacznie wykraczają poza jego kompetencje,

🔹 rodzic nastawiony jest na rozwój dziecka, wyrównywanie jego deficytów, a często także na uniknięcie regresu (i nie zawsze może liczyć na jakiś postęp),

🔹 rodzic poświęca mnóstwo zasobów i staje w obliczu wymagań, którym często nie jest w stanie sprostać,

🔹 niezbędne są ogromne nakłady finansowe, znacznie wykraczające poza możliwości przeciętnej rodziny; zamiast zajęć dodatkowych, dziecko uczęszcza na rehabilitację i inne terapie, które umożliwiają mu optymalne funkcjonowanie. 

 

Rodzic staje się koordynatorem opieki, dietetykiem, terapeutą, kierowcą, prawnikiem, księgowym, nauczycielem, adwokatem, mediatorem, pielęgniarką. Zaczyna pełnić wiele różnych ról, o których istnieniu do tej pory nie miał pojęcia. Ustala terminy wizyt i konsultacji, tworzy plan terapii i dowozi na nie dziecko, czuwa nad przyjmowaniem leków i wykonywaniem badań. Gromadzi dokumentację, a czasem wykonuje procedury medyczne. Przeszukuje internet w celu znalezienia nowych sposobów leczenia, nowych sprzętów, nowych metod terapii. Czyta badania naukowe. Interpretuje wyniki. Weryfikuje. Konsultuje. Wnioskuje- o sprzęt, o refundację, o recepty, o turnusy, o wsparcie. Pozyskuje środki- organizuje zbiórki, kiermasze, kwesty, licytacje. Realizuje w domu zalecenia terapeutyczne. Walczy o przyjęcie do placówek edukacyjnych, o dostosowania, o dodatkowych nauczycieli, dostępność architektoniczną. I wiele, wiele innych…

 

To dopiero jest intensywne rodzicielstwo, w którym wraz z nowymi obowiązkami, pojawia się także lęk, stres i ogromne poczucie odpowiedzialności, a często także samotność i niezrozumienie. Izolacja. Oderwanie od rzeczywistości. Wrażenie bycia w zupełnie innym świecie, rządzącym się swoimi prawami, których musimy się nauczyć i im sprostać.

 

Bardzo się staramy. Każdego dnia robimy rzeczy, które kiedyś wydawały się nam niemożliwe. Jednak nie dzieje się to bez kosztów. Często zaniedbujemy własne zdrowie, rezygnujemy z kariery zawodowej, odpoczynku, życia towarzyskiego. Grono naszych znajomych się zmienia. Część relacji nie wytrzymuje tej próby. 

 

A my przecież tylko… robimy to, co trzeba. To, co należałoby zrobić w tej sytuacji. To, czego się od nas oczekuje i to, co jest zgodne z naszymi wartościami i zbiorem przekonań dotyczących tego, co to znaczy być dobrym rodzicem. Robimy to z miłości. I właśnie dlatego tak trudno jest nam wyjść z tego błędnego koła. Właśnie dlatego spychamy siebie na dalszy plan. Siadamy w drugim rzędzie. Powtarzamy sobie, że “jak tylko…”, że “jeszcze tylko…”, że “może kiedyś…”, wciąż czekając na lepszy czas, by skierować swoją uwagę na nas. W końcu jest tyle ważniejszych spraw, które dopominają się o nią każdego dnia, że zwyczajnie brakuje już na to miejsca. 

 

I w końcu… się wypalamy. Zderzamy ze ścianą. Nasze baterie się wyczerpują. Czujemy się zmęczeni emocjonalnie i fizycznie. Zaczynamy dystansować się od naszych dzieci i tracimy satysfakcję z bycia rodzicem. Wraz z tą utratą pojawiają się wyrzuty sumienia i poczucie winy. W końcu kiedyś dawaliśmy radę, potrafiliśmy się rozpędzić, iść przez życie jak burza, organizować, dzwonić, dowozić, załatwiać. A teraz? Teraz czujemy niemoc. Chcemy zgłosić nieprzygotowanie. Pragniemy, by ktoś nas wyręczył, przejął to, co do tej pory spoczywało na naszych barkach. 

 

Pomiędzy byciem na 120% a takim stanem jest jednak spora przestrzeń. Nie przechodzimy do niego od razu. Przestrzeń tą wypełniają różne sygnały, które w intensywnej codzienności zazwyczaj ignorujemy. Stopniowo przesuwamy granicę. Rezygnujemy z siebie, kawałek po kawałku, licząc na to, że kiedyś będzie inaczej. Że coś się zmieni. I tak mija nam dzień za dniem, aż w końcu przychodzi kryzys. Nie taki, którego nic nie zapowiadało, ale taki, który zapowiadało wszystko. 

 

Tymczasem, dobry rodzic to nie ten, który się spala. Nie ten, który w tym maratonie najszybciej wystartuje, ale ten, który odpowiednio rozłoży siły. I wcale nie chodzi o to, żeby znaleźć jakieś magiczne rozwiązanie, albo czekać na to, że znajdzie się ono samo. Nie chodzi o to, żeby wrócić do punktu wyjścia, do dawnego życia. Zmieniły się warunki, a więc i rozwiązania muszą być inne. Skrojone nie tylko na miarę naszych obecnych potrzeb (które zazwyczaj są ogromne), ale także możliwości. To świadoma decyzja o zmianie priorytetów. To dodanie do listy wszystkich ról, które pełnimy, jeszcze jednej- strażnika własnych zasobów, tak aby nie ukończyć tego biegu przedwcześnie. Żeby jak najdłużej “stać na nogach” i mieć siłę na to, by zmagać się z tym, co każdego dnia podsuwa nam życie. 

 

Jak dbacie o siebie? Macie na to jakieś swoje sposoby?

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Udostępnij ten post:
Facebook
WhatsApp

Zapisz się na darmowy newsletter

Zobacz również

Inne = gorsze?

Będąc rodzicem dziecka z niepełnosprawnością bardzo łatwo jest patrzeć na własne życie przez pryzmat deficytu. Na pierwszy rzut oka widać

> Czytaj więcej