Z czym kojarzy mi się moje macierzyństwo?

Jest bardzo fizyczne. Cielesne. Somatyczne. Niezbywalnie połączone z ciałem. Z kontaktem. Z obecnością- bliską, namacalną, wymowną. 

 

To małe ciałko siedzące na kolanach. Przyjemny ciężar, który jeszcze nie przeszkadza. Nie ciąży. Dwa brzuchy przyklejone do siebie i nóżki zwisające po bokach. Z roku na rok coraz dłuższe. Pulchniutkie rączki, które rzadziej zaciskają się w pięści, dzięki czemu można je gładzić od środka. Liczyć wszystkie paluszki. 

 

To ciałko, które rzadko jest odsłonięte, swobodne, wolne. Dużo częściej ubrane w ortezy i kamizelkę kompresyjną. W szytą na miarę wersję zbroi, podkreślającą jego bezbronność, kruchość i niemoc. Wszechobecne rzepy, paski, zapięcia, mechacące ubrania, drapiące skórę, przyczepiające się wszędzie tam, gdzie nie powinny.

 

To podnoszenie do góry pod pachy. Przyciąganie do siebie. Układanie tak, by pozycja była odpowiednia. Dopasowywanie. Do siedziska. Do wózka. Do własnego ciała. Automatyczne ruchy, mające zapewnić komfort dla obu stron. 

 

To podtrzymywanie. Napinanie nadgarstka. Wykrzywianie go w nienaturalnych pozach. Przeciążanie. Asekuracja wszystkich części ciała, żeby nie zwisały bezwładnie na boki. Odpowiednie chwyty, ruchy, gesty. Skrzętnie wypracowane metodą prób i błędów. Powtarzane w nieskończoność każdego dnia.

 

Przewieszanie przez ramię. Odchylanie się do tyłu, by zachować równowagę. Wypychanie do przodu bioder, niczym w wiecznej CIĄŻy, która notabene wciąż trwa, tylko CIĘŻar się zmienia. Rośnie. Przybiera na wadze. Odwrotnie proporcjonalnie do moich sił.

 

To obliczanie kątów nachylenia, szerokości futryn, liczby schodów. Kalkulowanie tego, na co sobie możemy pozwolić. Gdzie wejść. A gdzie zupełnie nie. Próba przetrwania w świecie, który nie zawsze nas przewidział.

 

To wspólne poruszanie się. Obustronna zależność, która nigdy nie stanie się symboliczna. Zawsze będzie wyrazista, czytelna, zauważalna. Esencja naszej relacji. Kwintesencja bliskości. Sedno tego, co między nami. 

 

Obserwowanie szczegółów. Detali. Niuansów. Wszystkiego, co mogłoby być jakimś sygnałem, komunikatem, niemą wiadomością. Przyglądanie się. Rejestrowanie subtelnych gestów i zmian. Czegoś, co naprowadziłoby na jakiś trop. Pomogło odpowiedzieć na pytania.

 

Roboczogodziny spędzone na wysiadywaniu. Na krzesłach w poczekalni, w przedszkolnej szatni, na brzegu łóżka. Pojenie, karmienie, przytulanie. Ślina na rękawach. Jedzenie we włosach. 

 

Wspólne zasypianie. Ciepło i miękkość dziecięcego policzka. Gładka, marmurowa skóra bez żadnej skazy. Małe ciałko zwinięte w pozycję embrionalną, które jeszcze jestem w stanie objąć. Twoja głowa w zagłębieniu mojego ramienia. Włosy łaskoczące mnie w szyję. Zacierające się granice pomiędzy JA i MY. 

 

Jesteśmy jak dwa splecione drzewa, które zrosły się pniami, by przetrwać wiatr. Moje ciało to archiwum Twoich potrzeb. Zapis wymagań, stawianych mi nie z Twojej winy. 

 

Czuję to dobitnie każdego dnia i na wszystkich wizytach u fizjoterapeuty. Boli- znaczy, że żyję.

 

I tylko czasem martwię się o naszą przyszłość… O to, co się stanie, kiedy zabraknie mi już sił, by zająć się jeszcze jednym ciałem, bo moje własne również będzie wymagało coraz więcej i więcej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Udostępnij ten post:
Facebook
WhatsApp

Zapisz się na darmowy newsletter

Zobacz również