A co, jeśli nigdy się nie usamodzielni?
A co, jeśli jego stan się pogorszy?
A co, jeśli pewnego dnia przestanę już dawać radę?
A co, jeśli zabraknie mi środków?
A co, jeśli zachoruję i nie będę mogła/mógł sprawować opieki?
A co, jeśli umrze przede mną?
A co, jeśli ja umrę przed nim?
Te i inne pytania rodzice i opiekunowie dzieci, które mają małą szansę na samodzielność zadają sobie każdego dnia. Martwią się tym, co dzieje się teraz, tym, co przyniesie przyszłość i tym, czy mogli coś zrobić inaczej, lepiej. Chcą zaopiekować każdy aspekt życia dziecka, działać profilaktycznie, wychodzić naprzeciw jego potrzebom i przewidywać to, co może się stać. Być zawsze o krok do przodu. Krok przed. Przed postępami choroby, przed własnymi kryzysami, przed wszystkimi przeszkodami, które mogą pojawić się po drodze. Są trochę “tu”, a trochę już “tam”.
Kierują się dobrymi intencjami. Troską. Poczuciem odpowiedzialności. A jednocześnie, jest w tym dużo lęku. Dużo chęci kontroli. Także tego, czego kontrolować się nie da. Tego, na co nie mają wpływu. Co jest zupełnie poza nimi.
Zamartwianie jest ogromnym wydatkiem energetycznym, który dopisują do innych ponoszonych na co dzień kosztów. Kosztów, do których stopniowo się przyzwyczajają. Na które nie zwracają uwagi. Które stają się elementem tła. Powszedniego krajobrazu. Nawykiem. Automatyczną reakcją na rzeczywistość, która czasem zakrzywia jej prawdziwy obraz. Martwimy się bowiem tym, co stanowi nasz aktualny problem, ale także tym, co jest wytworem naszej wyobraźni, podsuwającej nam katastroficzne scenariusze i czarne wizje tego, co może nas spotkać.
Problem w tym, że nasz mózg nie wie, że to fikcja. Wytwór naszej wyobraźni. Każdą taką wizję przeżywa, jakby właśnie się działa. Jakby była prawdziwa. Jesteśmy wyczuleni. Czujni. W wiecznym stanie niepewności. Najmniejszy bodziec odbieramy jak zagrożenie życia. Swojego lub innych. Ciało się napina, a reakcje stresowe zostawiają ślady w naszej pamięci na długie lata. W silnym stresie, część poznawcza mózgu oddziela się od części biologicznej. Wyłączają się funkcje kory przedczołowej, a zwiększa reaktywność ciała migdałowatego, co oznacza, że w większym stopniu kierujemy się emocjami, tracąc częściowo zdolność racjonalnej oceny sytuacji, tj. ustalania faktów, co może skutkować np. atakami paniki.
Im bardziej dana sytuacja jest dla nas nieprzewidywalna, tym większy generuje lęk. To nasz ewolucyjny spadek. W bardziej przewidywalnym środowisku łatwiej było przeżyć, a nasz mózg za wszelką cenę dąży do bezpieczeństwa, nawet kosztem szczęścia, którego osiągnięcie jest utrudnione przez czarne scenariusze. Niestety, projektując je, wcale sobie tego bezpieczeństwa nie zapewniamy, a jedynie podsycamy nasz lęk, który sprawia, że mózg ignoruje rachunek prawdopodobieństwa.
Lęk ten przekazujemy także naszym dzieciom, nawet jeśli nie mówimy o nim wprost. W naszej kulturze istnieje silne przekonanie o tym, że martwienie się o bliskich to dowód zaangażowania i więzi. Jeśli się martwimy, to znaczy, że nam zależy, że kochamy naprawdę.
Jak wyrwać się z tego błędnego koła?
Zauważyć, że ono jest. Zastanowić się, czy zamartwianie się nam służy. Czy pod spodem są jakieś ukryte zyski (np. poczucie złudnej kontroli, bycia w gotowości, działania) i czy można je jakoś przeformułować na takie, które by nas wspierały, a nie obciążały. Małymi kroczkami sprowadzać się do “tu i teraz”, kwestionować automatyczne myśli, które się pojawiają. Pytać siebie, czy to na pewno prawda. Odwoływać się do faktów. Zastanowić się na co realnie mamy wpływ, a na co tylko chcielibyśmy mieć. Uznać swoje prawo do lęku, ale nie pozwolić mu przejąć kontroli. Nie starać się być “krok przed”, ale “krok bliżej”- większego spokoju i bezpieczeństwa emocjonalnego, które jest potrzebne zarówno nam, jak i naszym dzieciom.


