Gdzie jesteś?

To jedno z najczęściej zadawanych mi pytań. Coś, co budzi duże emocje wśród znanych mi mam. Nie inaczej było w trakcie ostatnich “Luźnych Rozmów”- grupy wsparcia dla rodziców OzN. Jedna z uczestniczek zaproponowała ten temat i od razu kilka osób podniosło ręce, chcąc zabrać głos. 

 

Jak być nie tylko mamą? Jak nie zapominać o sobie? Jak nie porzucać tego “dawnego ja”, a może odnaleźć “nowe”, inne, poszerzone o to, co od jakiegoś czasu jest dla nas codziennością?

 

Bardzo często sklejamy się z naszymi dziećmi. Ich potrzeby stają się naszymi potrzebami. Funkcjonujemy w symbiozie. W systemie wzajemnych zależności. Chcemy się opiekować, wspierać, troszczyć, działać, zapewniać, organizować, wychodzić naprzeciw. Być obok. Towarzyszyć. 

 

Wierzymy, że jesteśmy w stanie rozwiązać każdy problem, zaradzić wszelkim trudnościom. Wierzymy, że wszystko przewidzimy, zabezpieczymy, zrobimy najlepiej. Jesteśmy zdeterminowane, zaangażowane, oddane, pochłonięte. Wciągnięte w wir obowiązków, zadań i powinności. W morze nieskończonych potrzeb, które czasem zalewa nas po uszy. Zwłaszcza wtedy, kiedy nasze dzieci mają duże wyzwania rozwojowe, sprzężoną niepełnosprawność i małe szanse na samodzielność w przyszłości. 

 

Wtedy, od nas zależy to, jak będzie wyglądał ich świat. Jesteśmy ich nogami i rękami. Funkcjonują dzięki nam. Troszczymy się o każdy aspekt ich życia. Nie możemy tak po prostu stwierdzić “wiecie co, ja się wypisuję”, choć często chciałybyśmy rzucić wszystko i ruszyć w Bieszczady, albo chociaż do sąsiedniego pokoju, żeby się wyspać i wypić kawę w samotności, bo na chodzenie po górach i tak nie miałybyśmy sił.

 

Niepostrzeżenie stajemy się funkcją. Maszyną do zadań specjalnych. Z domniemaną gotowością do ich pełnienia. I na pierwszy rzut oka w tym równaniu wszystko się zgadza. Jest dziecko, które potrzebuje opieki i wsparcia, jest opiekun, który powinien mu to dać. Jest odpowiedzialność, zależność, są obowiązki rodzicielskie. Normalna sprawa. A jednak nie. Bo odpowiedzialność przejmuje się za rzeczy, o których do tej pory nie miało się pojęcia, a często nadal nie ma (i mieć nie musi). Bo zależność trwa długo, a czasem nigdy się nie kończy. Bo obowiązki znacznie przekraczają kompetencje i zasoby do ich pełnienia.

 

I nie ma już przestrzeni na nas. A jeśli jest, to często i tak gdzieś z tyłu głowy odzywa się cichutki głosik pytający złośliwym tonem o to, “co z ciebie za matka?” I błędne koło się zamyka. Tracimy połączenie. Znamy nasze obowiązki, zadania, rozkłady zajęć. Wiemy, co trzeba zrobić dziś, jutro i za miesiąc. O czym trzeba pamiętać, co zaopiekować, o co się zatroszczyć, ale nie znamy już siebie. Nie wiemy co lubimy i jak sobie to dać. Teraz. W warunkach, w jakich przyszło nam żyć.

 

A często, kiedy już się to udaje, to nikt nie cieszy się razem z nami. Nikt nas w tym nie wspiera. Nie dopinguje. Bo w społecznej świadomości jesteśmy głównie mamami i to właśnie nimi powinnyśmy być. Nie mamy się spełniać. Mamy spełniać wymagania. Spełniać obowiązki. Spełniać funkcje. Mamy być jak złota rybka. Tylko życzeń jest więcej. I nigdy się nie kończą.

 

Nie możemy się pocieszać, że to tylko jakiś etap, że to minie. Że będzie inaczej. Lepiej. Bo wiemy, że nie. A im dalej w las, tym więcej drzew. Pożar za pożarem. Gasimy jeden, pojawia się kolejny. To matrioszka. Kompozycja szkatułkowa. Układ koncentryczny. Labirynt, z którego trudno jest nam wyjść.

 

Nie mamy wpływu na sytuację. Nie mamy wpływu na to, co myślą inni. Nie zawrócimy biegu rzeki. Nie wrócimy do punktu wyjścia. Nigdy nie będzie tak, jak kiedyś. Jest i będzie inaczej. I w tym “inaczej” musimy nauczyć się żyć. Nie szukać siebie z przeszłości. Nie walić głową w mur. Nie kopać się z koniem. Stanąć w prawdzie. Poszukać nowego języka do opisu tego, kim jesteśmy teraz. Rozglądnąć się i zobaczyć obecne możliwości, nawet jeśli są one bardzo niewielkie. Skierować uwagę na siebie. Podjąć decyzję.

 

Nie taką, że przestajemy być mamami, ale taką, że oprócz nich jesteśmy także sobą. To nie egoizm. Nie luksus. Nie zbytek. To inwestycja, która pozwoli nam trwać, kochać i wspierać. To przestrzeń na własną tożsamość, a jak powiedziała w naszej ostatniej rozmowie Marta:

 

“Ta przestrzeń nie wynika z tego, że Staś jest łatwiejszym dzieckiem, wymaga mniej opieki. Ta przestrzeń wynika bardziej z tego, że ja zrozumiałam, że muszę walczyć o siebie, bo inaczej będę tylko mamą Stasia”.

 

To nie wybór “albo/albo”, to wybór “i/i”. Bo wbrew pozorom te dwie opcje się nie wykluczają.

 

Jaki jest Twój sposób na bycie sobą? Co byś zrobiła, gdyby nikt nie oceniał? Nie patrzył?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Udostępnij ten post:
Facebook
WhatsApp

Zapisz się na darmowy newsletter

Zobacz również

Inne = gorsze?

Będąc rodzicem dziecka z niepełnosprawnością bardzo łatwo jest patrzeć na własne życie przez pryzmat deficytu. Na pierwszy rzut oka widać

> Czytaj więcej