A Ty? Kogo widzisz w lustrze?

Pierwszy krok do ratunku wcale nie polega na zrobieniu czegoś więcej, ale na odważeniu się, by po raz pierwszy świadomie czegoś nie zrobić. By odpuścić. By zrobić mniej. By zatrzymać się i pozwolić sobie na…

No właśnie. Na co? 

Wielu rodziców w tym momencie chciałoby zapewne odbudować swoje zasoby, odzyskać siły, “powrócić do siebie”. Tylko co to tak właściwie oznacza? I czy jest do czego wracać? Czy jest jeszcze coś, co łączy nas z tym, kim jesteśmy? Lub z tym, kim byliśmy kiedyś? W gąszczu codziennych, zwykłych spraw, licznych obowiązków i zadań, w rzeczywistości, która kręci się wokół naszych dzieci, nie należąc tym samym do nas, bardzo łatwo jest stracić orientację i łączność z własnym “ja”. Zostaje ono przesłonięte, zapomniane, zepchnięte na boczny tor.

Kryzys tożsamości dotyka zwłaszcza kobiet. To one bowiem znacznie częściej rezygnują z pozostałych, pełnionych dotąd ról. Wiele z nich dzieli swoje życie na to “dawne”, “stare”, “poprzednie” i na to, które jest teraz. Cezura to zazwyczaj początek macierzyństwa lub moment diagnozy dziecka, kiedy to wpada się w wir tego, czego zaczyna od teraz wymagać od nas życie. To obserwowanie kontrastu pomiędzy tym, jak było, a tym jak jest. To przyglądanie się temu, jak jest i temu, jak miało być, a nigdy już nie będzie. To porzucenie dotychczasowej wizji przyszłości. Naszej i naszego dziecka. To wiele rozczarowań, które musimy w sobie pomieścić, a którymi na tym etapie nie jesteśmy jeszcze w stanie się zaopiekować. To rozmycie granic, kiedy nie wiemy już gdzie kończymy się my, a zaczyna reszta naszego świata. Świata, w który wsiąkamy, zapadając się w nim coraz głębiej i głębiej. Nie z wyboru, a z poczucia konieczności. Z przekonania o tym, że tak wypada. 

Gdy stajesz się funkcją

Nasze istnienie w nim ulega zmianie. Niepostrzeżenie tracimy własne imię. Stajemy się mamą Joli, Antka i Tomka. Tak funkcjonujemy w domu. Tak zaczyna zwracać się do nas mąż. Tak nazywają nas terapeuci, lekarze, specjaliści. Aż w końcu same tak o sobie myślimy. Stajemy się funkcją. Nie osobą. Zapominamy o swoich pasjach, zainteresowaniach, potrzebach. O wszystkim tym, co sprawiało nam kiedyś radość, z czego czerpałyśmy satysfakcję. Patrzymy w lustro i nie widzimy tam dawnej siebie. A jeszcze częściej nie patrzymy, bo nie ma na to czasu ani siły. Przestajemy się malować, ubierać tak, jak kiedyś. Sukienki i buty na obcasie, zastępujemy dresem i tenisówkami. Eleganckie torebki- plecakiem, który pomieści dokumentację medyczną i wszystkie “przydasie”. Kawę w kawiarniach zamieniamy na tą ze stacji benzynowych, chwytaną w biegu, w trasie, w drodze na kolejną rehabilitację, turnus, wizytę lekarską. Trudno nam znaleźć jakąś spójność pomiędzy tym, kim byłyśmy, a tym, kim powoli się stajemy. 

Zaczynamy utożsamiać się z nowymi zadaniami i z tym, czego oczekuje od nas społeczeństwo. Zaczynamy funkcjonować w trybie od…do… Nasz dzień porządkują pory karmienia, leków, terapii, czynności pielęgnacyjnych. Pory wysyłania wniosków, umawiania wizyt, załatwiania biurokracji. Musimy pamiętać co trzeba dopilnować raz na tydzień, na miesiąc i raz na pół roku. Stajemy się maszyną. Trybikiem. Automatem. Aż w końcu, w którymś momencie pojawia się pytanie: Czy jestem tylko tym, co robię dla mojego dziecka? 

Większość znanych mi mam dzieci z niepełnosprawnościami, kiedy po raz pierwszy zostaje sama w domu lub wyjeżdża gdzieś bez dziecka, kompletnie nie potrafi się odnaleźć. Wiemy, czego nie musimy robić, jakich obowiązków wypełniać, o co się martwić. Nie wiemy za to, co zrobić z tym wolnym czasem, bo to tej pory nie musiałyśmy się nad tym zastanawiać, gdyż był on wypełniony po brzegi. Nie wiemy, czym się zająć, gdzie pójść, co my tak właściwie byśmy chciały, na co mamy ochotę. Ciężko przeciąć nam tę niewidzialną pępowinę, łączącą nas z naszymi dziećmi. Odruchowo zerkamy na zegarek, zastanawiamy się, czy dostały leki, czy co zjadły, jak spędzają ten czas. Walczymy ze sobą, żeby nie zadzwonić, nie skontrolować, nie dopytać, nie sprawdzić, jak sobie radzą, nie udzielić dodatkowych wskazówek. 

Czasem kosztuje nas to więcej stresu niż ten, który odczuwamy na co dzień. 

I choć przez chwilę możemy nie być mamą, choć wydawało nam się, że tego właśnie chcemy i tego potrzebujemy, ciężko nam jest z tej roli wyjść.

Bardzo trudno bowiem jest znaleźć różnice między rolą a tożsamością, kiedy rola pochłania większość naszego życia. To, co robimy, zaczyna bowiem determinować to, kim jesteśmy. Nie da się być sobą walcząc o przetrwanie. Nie da się rozpoznawać swoich potrzeb, kiedy wszystko w środku stopniowo się od nich oddziela, przekazując wszystko na zewnątrz, komuś innemu. Poświęcając mu uwagę, czas, zaangażowanie, siły, których dla nas zwyczajnie już nie starcza. Gdzieś po drodze gubimy samoświadomość, która wymaga przecież uważności, introspekcji, refleksji. Przestajemy mieć kontakt z własną autentycznością i indywidualnością. Funkcjonujemy w symbiozie. Koegzystujemy. 

W naszych relacjach ze sobą, powoli zaczyna brakować szczerości. Udajemy, że nie ranią nas rzeczy, które w rzeczywistości nas bolą. Że nie chcemy tego, czego tak naprawdę pragniemy. Że nie tęsknimy za tym, co zostało nam odebrane. Że jesteśmy zadowolone z tego, jak wygląda nasze życie. Że radzimy sobie ze wszystkim, czego od nas wymaga. Okłamujemy same siebie, bo prawda boli i przeraża. A my nie chcemy, żeby bolało. Nie chcemy czuć tej niewygody. Konfrontować się z nią. 

Pierwszy krok do siebie

A prawda jest taka, że obok wszystkich wartości, które niesie ze sobą macierzyństwo, często odczuwamy także dojmujące poczucie straty. Dawnego życia i tego, kim kiedyś byłyśmy. Na wielu różnych poziomach. I nie chodzi o to, aby na siłę przekonywać siebie i wszystkich dookoła, że “teraz jest lepiej”. Nie chodzi o to, żeby pudrować trudności. Ani też o to, żeby zgadzać się na wszystko i przesuwać własne granice. Jak wszędzie i we wszystkim, liczą się małe kroki. Chwilowe powroty “do siebie”. Ciekawość wobec tego, co tam w środku jest. Zainteresowanie tym, co lubimy, co sprawia nam przyjemność, co nas relaksuje. Jak chciałybyśmy spędzać wolny czas (tak, wygospodarowanie go!). Małe kroczki. Krople, które drążą skałę, pozwalając stopniowo odkryć, że dbanie o siebie nie jest egoizmem, a warunkiem przetrwania. 

Chciałabym Was dzisiaj zostawić z jednym zadaniem, które zaczerpnęłam z (genialnej!) książki dr Sary Kuburic “Miło mi się poznać. Gdzie kończy się świat, a zaczynam ja”:

“(…) wybierz sobie jeden dzień w tygodniu i od rana do wieczora naprawdę zachowuj się w sposób zgodny z tym, jak rozumiesz Siebie. Podejdź do tego tak, jakby każda mała (albo wielka) decyzja lub działanie miały znaczenie (jaką kawę zamówisz, jaką postawę ciała przybierzesz, jakimi słowami będziesz się wypowiadać, jak przyrządzisz sobie jajka). Niech każda chwila wypełniona będzie intencją, stale sprawdzaj, czy tak jest. Szukaj poczucia dostrojenia- spójności i spokoju- wrażenia, że jest jak należy, że jesteś sobą <<w domu>>. Pamiętaj: jeśli życie w zgodzie z Sobą to dla Ciebie nowość, może to być z początku dziwne, niezręczne albo niekomfortowe. Zaakceptuj dyskomfort związany z próbowaniem czegoś nowego i daj sobie czas”.

Wiesz co się wtedy dzieje? 

Wtedy dzieje się magia. Wtedy coś, co wydawało się niemożliwe nagle staje się naszą rzeczywistością, a kiedy zaznamy już tej odrobiny wolności, zazwyczaj ośmiela nas to do sięgnięcia po więcej. I nagle się okazuje, że pojawia się przestrzeń, że jest lżej, że mamy czym oddychać. Że poza sztywną rolą, którą dla siebie napisałyśmy, jest miejsce na spontaniczność i zmianę scenariusza. Że można być szczęśliwą, pomimo trudności. Że można być sobą. Odzyskać swoje imię. Przypomnieć sobie o tym, że też jesteśmy ważne, nie jako opiekunki naszych dzieci, ale jako kobiety, odrębne jednostki. Po prostu ludzie.

2 Responses

  1. Piękny tekst. Wzruszający. Głęboki. Refleksyjny. O tym co bardzo ważne i niezbędne w relacji z samym sobą, z innymi ludzmi,, dziećmi. Odzyskanie siebie to czasem trudna i długa droga, czasem bez dodatkowego wsparcia jest ciężko ale da się. Trzeba mocno chcieć i być konsekwentnym…

    1. To prawda, zwłaszcza biorąc pod uwagę społeczne postrzeganie rodzicielstwa jako nadrzędnej wartości i promowanie modelu „poświęcania się” dla dziecka. Presja z zewnątrz przekłada się na to, co sami sobie narzucamy. Powstaje takie błędne koło, z którego ciężko jest wyjść, bo każdy z nas chciałby być jak najlepszym rodzicem, a to niekoniecznie oznacza robienie wszystkiego dla dziecka 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Udostępnij ten post:
Facebook
WhatsApp

Zapisz się na darmowy newsletter

Zobacz również