To wspaniałe uczucie, kiedy robi się coś, co wypływa z serca. Coś, co do czego ma się przekonanie, że jest słuszne, wartościowe, ważne.
Jestem niespokojnym duchem. Chciałabym mieć wszystko, wszędzie i naraz. Być tu i jednocześnie tam. Angażować się. Działać. Próbować nowych rzeczy. Zaczynać i nie kończyć. Rzucać się na głęboką wodę i spacerować wzdłuż brzegu. Myśleć o wielu rzeczach w tym samym czasie. Wpadać na coraz to nowe pomysły.
Bardzo często żałuję, że nie mogę się rozdwoić, zakrzywić czasu, naciągnąć doby. Że mam ograniczone moce przerobowe. Że robiąc jedną rzecz, jednocześnie nie mogę robić innej, przez tą pierwszą. Że wybierając coś, równolegle tracę szansę na coś innego i nigdy nie przekonam się, jaka byłaby alternatywa. Będąc gdzieś, żałuję, że nie ma mnie gdzieś indziej. I tak dalej, i tak dalej.
Ale wiecie co?
Są takie sytuacje, kiedy czuję, że to najlepsza opcja. Że wcale nie chcę być w innym miejscu, tylko właśnie tu. Że nie mogło być inaczej.
W takich chwilach czuję sens. Czuję, że wszystko jest tak, jak być powinno. Że postępuje w zgodzie z tym, co dyktuje mi serce. Dla niespokojnego ducha, który chciałby być wszędzie naraz, to jedno z najtrudniejszych i jednocześnie najwspanialszych uczuć: znaleźć się w miejscu, które pochłania bez reszty. I mieć przekonanie, że właśnie to działanie, pośród tysiąca innych możliwości, jest tym słusznym, wartościowym i najważniejszym.
Tak właśnie było dzisiaj. Pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów. Na proteście wokół ustawy o asystencji osobistej. Wiedziałam, że muszę tam być, choć nic na to nie wskazywało, oprócz moich chęci. Nic się nie układało tak, jak powinno. A jednak! Czasem chęci są najważniejsze. I mam nadzieję, że w tym przypadku również tak będzie. Bo chęci w związku z tym projektem są wielkie, żywe i niegasnące. Bo ten projekt to szansa dla wielu z nas na namiastkę normalności, a to jest warte każdego trudu, każdego wysiłku. I choć wiem, że to męczące, bo wciąż mówimy o oczywistościach, to jednak nadal wierzę, że słowa zamienią się w czyn. A wiara, jak wiadomo, czyni cuda. Dzięki niej powstają zmiany, z których każda rozpoczyna się od pierwszego, niby nic nie znaczącego kroku.
Ktoś mógłby pomyśleć “po co to wszystko?”, “nie ma szans”, “to bez sensu”. Ale wiecie co? To bezczynność jest bez sensu. To milczenie pozbawia nas szans na usłyszenie naszych głosów. To bierność sprawia, że nie ma opcji na start z punktu wyjścia. Bo lepiej żałować, że się nie udało niż, że się nie spróbowało. A po dzisiejszym dniu wiem, że będziemy próbować do skutku. Aż w końcu przestaną nas ignorować. W życiu trzeba być czasem upierdliwym w słusznej sprawie, a ta sprawa taka jest i bardzo wielu z nas leży ona na sercu. A im więcej osób zacznie mówić jednym głosem, tym głos ten będzie donioślejszy. Poniesie się dalej.
Dziękuję Wam wszystkim za obecność. Za zaangażowanie. Za to, co robicie dla siebie i dla innych. W ich imieniu. Bo oczywistym jest, że nie każdy mógł tu dzisiaj być, ale czasem nie o ilość chodzi, a o przesłanie, które- nawet jeśli jest wypowiedziane z jednych ust- ma potencjał niesienia zmiany, zasiania nadziei i poruszenia wielu serc. Bo nigdy nie wiemy na jaki spadnie ono grunt. I oby był on dla nas jak najbardziej urodzajny, bo zasługujemy na to, jak każdy inny człowiek. My i nasi bliscy, których tak kochamy.


