Pomiędzy brzegami

Nie chcę spuszczać Cię z oczu. Czuję się najlepiej, kiedy jesteś obok. Chcę być przy Tobie. Blisko. Mieć poczucie związku. Pielęgnować tę więź. Umacniać. To mnie uspokaja. Działa kojąco. 

 

Marzę o tym, żeby wyjechać gdzieś daleko. Zostawić swoje życie. Przekazać je na chwilę komuś innemu. Fantazjuję, jak byłoby bez tego bagażu. Bez Ciebie. Co mogłabym robić, a czego już bym nie musiała.

 

Są we mnie dwa wilki. 

 

Jeden, akcentujący zwierzęcą więź. Picie sobie z dziubków. Czujący wdzięczność za to doświadczenie, które- choć wiele zabrało- jednocześnie także sporo wniosło. Rzeczy niespodziewanych, wzbogacających i rozwijających na wielu różnych poziomach.

 

Drugi, tęskniący za luzem, swobodą, przygodą. Za życiem, które mogło kiedyś być bardziej spontaniczne. Nie wiązało się z tyloma wątpliwościami i wieczną niepewnością. Nie było w nim tyle strachu i przytłaczającej odpowiedzialności. 

 

Czasem tego nie rozumiem. Czasem nie wiem, jak można czuć tak przeciwstawne emocje. Doświadczać tak skrajnych stanów. Balansować. Wahać się pomiędzy jednym a drugim brzegiem. 

 

Biegunowość macierzyństwa zaskakuje mnie i przeraża jednocześnie. Jest w tym jednak pewna fascynacja. Ciekawość. Chęć przesuwania się po tej dziwnej osi- to w jedną, to w drugą stronę. Bo sięga ona tam, gdzie nigdy nie sądziłam, że będzie. 

 

Skala ta ciągle się przesuwa, odsłaniając kolejne obszary, do których z czasem zyskuję dostęp. Niczym w jakiejś dziwnej grze, w której plansza ujawnia się, kiedy dochodzimy do brzegu. Do granicy. Na jakiś kres, który wydawał się końcem, a jednak był tylko etapem. Odcinkiem. Fragmentem.

 

Widzę w tym rozwój. Głębię. Tajemnicę. Coś, czego być może nigdy do końca nie zrozumiem i nie poznam. 

 

Staram się dawać sobie przyzwolenie na te stany. Wsiadam na tę huśtawkę, na której raz jestem na górze, a raz na dole. Husiu-husiu. 

 

Usiłuję się nie oceniać. Nie mówić sobie, że jestem najgorszą matką i powinnam się wstydzić. Wstydzić za wątpliwości. Wstydzić za myśli. Wstydzić za czucie.

 

Tak podpowiada mi mój wewnętrzny krytyk, karmiący się momentami, w których jest najgorzej. Ignorujący te, gdzie  stanęłam na wysokości zadania. Dawałam. Dbałam. Byłam. 

 

Nie lubię, kiedy ktoś mówi mi, że jestem wspaniałą mamą. Bywam nią. Pewnie rzadziej niż bym chciała. Znacznie częściej balansuję pomiędzy skrajnościami.

 

Kiedy słyszę “Twoje dziecko ma szczęście, że trafiło na Ciebie”, myślę, że mogło trafić lepiej. Ale gorzej też. Los jednak splótł nas razem i wierzę, że ta historia jest “po coś”. Bardzo chciałabym, żeby była.

 

Każdego dnia wybieram, by nadawać jej sens. Niekiedy szukam go ze świecą. Wyskrobuje paznokciem. A innym razem przytulam się do Ciebie i nagle wszystko jest dokładnie takie, jak powinno być.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Udostępnij ten post:
Facebook
WhatsApp

Zapisz się na darmowy newsletter

Zobacz również