Wielu z nas wyrosło w atmosferze wymagań, krytyki i porównywania z innymi. Z poprzeczkami zawieszonymi bardzo wysoko. Z oczekiwaniami. Aspiracjami. Wyobrażeniami, którym staraliśmy się sprostać.
Czerwone długopisy wytykały nam błędy. Zielone nie zaznaczały poprawnych odpowiedzi. Często nie akcentowano tego, co osiągnęliśmy, co nam się udało, na co zapracowaliśmy. Podkreślano za to wszystkie potknięcia, pomyłki, niepowodzenia.
Chciano, byśmy byli idealni. Bezbłędni. Grzeczni. Ułożeni.
Nauczono nas, że sukcesy są czymś, co nie wymaga komentarza. Czymś, na czym nie należy się skupiać. Bo liczy się tylko to, by wciąż się doskonalić i to błędy powinny być przedmiotem naszej troski.
Bywa, że bardzo surowo oceniamy własne postępowanie. Stawiamy sobie wysokie wymagania, którym nie potrafimy sprostać. Nie dlatego, że coś jest z nami nie tak. Ale dlatego, że często są one niemożliwe do realizacji.
Ciężko nam docenić drogę. Bardzo często liczy się wyłącznie cel. Nie przyjmujemy tego, że wszystko jest procesem. Że wciąż się uczymy. Że się staramy. Że podejmujemy próby.
Kiedy powija nam się noga, raczej nie klepiemy się po ramieniu. Nie dodajemy sobie otuchy. Nie patrzymy na siebie łaskawym okiem. Nie zachęcamy do kolejnych podejść.
Jesteśmy głodni sukcesów. Osiągnięć. Pozytywnych rezultatów.
Wszystko powinno być strzałem w dziesiątkę. Szczęśliwym trafem. Najlepszym wyborem. Właściwym posunięciem. Idealnym rozwiązaniem.
Problem w tym, że w naszym życiu często nie ma idealnych rozwiązań i najlepszych wyborów. Jest tylko wybór mniejszego zła. Coś za coś.
Każda decyzja jest półśrodkiem. Ustępstem. Zgniłym kompromisem. Każda wiąże się z odpowiedzialnością. Ma swoją cenę, którą płacimy my. I nasze dzieci.
Gra toczy się o wysoką stawkę.
Nawet jeśli w tym wielkim teście zdobędziemy 8/10 punktów i tak zawsze będziemy widzieć te dwa. To, czego zabrakło. Co się nie udało.
Nikt nie uczy nas, jak zachować się w takiej sytuacji. Często nie mamy kogo zapytać o radę. Nasze dzieci nie rodzą się z instrukcją obsługi i kluczem odpowiedzi.
A my… wbrew temu, co często myśli o nas świat, jesteśmy tylko zwykłymi ludźmi w niezwykłej sytuacji, którzy próbują jak najlepiej radzić sobie z tym, co zostało im dane.
Z różnym skutkiem.
Wczoraj obejrzałam “Kopnęłabym cię, gdybym mogła”. Film ciężki. Gęsty emocjonalnie. Klaustrofobiczny. Nie dający odpowiedzi ani ukojenia. Chciałam wyjść z sali. Wrócić do domu. Zamknąć oczy. Nie patrzeć co będzie dalej. Nie wiem, czy to kwestia poruszanego tematu, ciasnych kadrów, czy intensywności niektórych scen. Czułam dyskomfort, mdłości i zawroty głowy, a po wyjściu z kina, utrzymujący się niepokój.
Czułam bezradność, rozpacz i wypalenie głównej bohaterki. Mocne, niemal przerysowane cierpienie, a jednocześnie próby zapanowania nad wszechogarniającym chaosem, który coraz bardziej ściągał ją w dół.
Z jednej strony, chciałam krzyczeć i wybiec z sali, z drugiej- próbować ją uratować.
Wiem, że ta historia to nie tylko film. To lustro, w którym odbija się nasza paniczna próba bycia 'wystarczającymi’ w sytuacjach, które są nie do udźwignięcia w pojedynkę. A my, mamy prawo nie wiedzieć i po prostu… nie dawać rady.
Warto podejść do siebie z wyrozumiałością i czułością. Przyjąć wszystko, co się w nas dzieje, a czego często nie widać na zewnątrz. Dać sobie prawo do zmęczenia, wątpliwości, bezradności. Utulić się w codziennym trudzie. Docenić starania. Pochwalić w myślach za zaangażowanie i wszystkie podjęte próby, także te, które nie zakończyły się sukcesem.


