Jak właściwie wygląda powrót do siebie? I czy jest do czego wracać?
Często wyobrażamy sobie, że to “w tył zwrot”. Zerkanie przez ramię. Marsz w dawnych butach. Ponowna przemiana w kogoś, kim byłyśmy przed diagnozą dziecka.
Często myślimy o “dawnym ja” jak o fundamencie, na którym chcemy budować nowe. Chcemy, żeby nasza historia miała jakąś ciągłość, uporządkowanie, logikę. W końcu wszystko to, co za nami, powinno nas prowadzić do tego, co jeszcze przed.
Patrzymy w przeszłość. Z rozrzewnieniem. Z nostalgią. Z sentymentem. A czasem z żalem. Bywa, że chcemy ją odzyskać. Kawałek po kawałku.
Wtedy zazwyczaj orientujemy się, że wszystko to, co łączyło nas z “poprzednim życiem” jest kruche, cienkie, nietrwałe. Przetarte przez wszystko, co zadziało się po drodze. Coraz więcej rzeczy pozostaje w sferze marzeń, iluzji i pragnień, które podsyca nasza tęsknota za tym, co było. Coraz więcej jest zamkniętych rozdziałów . Do części z nich nie ma powrotu.
Bo zmieniło się wszystko. Zasoby, możliwości, wyzwania. Zmieniła się perspektywa. Punkt, z którego patrzymy teraz na życie. Wszystkie opcje, szanse i sposobności. Mamy więcej ograniczeń. Więcej rzeczy musimy brać pod uwagę. Przewidywać. Zabezpieczać. Spinać. Skurczyła się nasza wolność. Zmalała niezależność.
Możemy się buntować. Sprzeciwiać. Polemizować z życiem. Tupać nogą. Rozpamiętywać. Żałować. Wspominać to, co było. Nie zgadzać się z tym, co jest. Możemy utożsamiać się wyłącznie z bólem. Liczyć straty. Przyglądać się wszystkim siniakom, otarciom, ranom. Pokazywać je innym. Usprawiedliwiać nimi swoje decyzje i każdy krok. Możemy snuć narracje wokół strat. Wokół wszystkiego, z czego musiałyśmy zrezygnować, co poświęcić, o co uszczupliło się nasze życie.
Rozczarowanie jest zrozumiałe. Ktoś dopisał inny ciąg zdarzeń, niż wszystko to, co było naszą wizją przyszłości. Noszoną w sercu. Pielęgnowaną przez lata. Patrząc na zamknięte drzwi, nigdy nie dostrzeżemy jednak tych, przez które przebija światło. Nawet jeśli jest to tylko cieniutka wiązka, niosąca ze sobą blady cień nadziei.
Często nie znajdujemy już połączeń pomiędzy tym, co było a tym, co jest. A także pomiędzy tym, kim byłyśmy. Kiedyś. Wtedy. Kiedy jeszcze wszystko wydawało się prostsze, pewniejsze, mniej skomplikowane. Ale być może wcale nie musimy?
Może powrót do siebie to nie cofanie się w czasie, a budowanie siebie na nowo? Z materiałów, które teraz mamy? Z klocków, z których obecnie składa się nasz świat? Może nie musimy usilnie próbować wracać do przeszłości. Liczyć na rewolucję. Czekać, aż coś się zmieni.
Bywa tak, że nie mamy wpływu na okoliczności, a największa zmiana, jaka może się zadziać, jest w NAS.
Często nie będzie ona rewolucją. Nie będzie wielkim projektem. Nie będzie skokiem na głęboką wodę. Będzie raczej cichym i powolnym wydeptywaniem nowych ścieżek. Uchylaniem zamkniętych dotąd drzwi. Sprawdzaniem. Próbowaniem tego, co aktualnie jest możliwe. Trenowaniem sprawczości. Nie tej wielkiej, podręcznikowej, ale tej codziennej. Domykaniem małych spraw, realizacją celów, które od dawna leżały w zakurzonej szufladzie z napisem “kiedyś”. W swoim tempie. Na własnych zasadach. W zgodzie z tym, co realne, możliwe do utrzymania i po prostu NASZE.
Dużo łatwiej trenuje się wtedy, kiedy jest ktoś obok. Ktoś, kto motywuje nas do działania. Kto jest w podobnym miejscu. Kto mierzy się z tymi samymi wyzwaniami.
Dużo łatwiej podejmuje się kolejne kroki w sprzyjającej przestrzeni. Takiej, która rozumie, nie wywiera presji, nie ocenia tempa ani rezultatów. Wśród ludzi, którzy się nie porównują, nie krytykują, ale wzajemnie inspirują i zachęcają do sięgania po więcej.
Od dawna marzyłam o takim miejscu. O przestrzeni dla mam, która nie będzie tylko nastawiona na rozmowy problemach i rozwiązywanie trudności, ale także na to, by pójść o krok dalej. Rozwijać się. Stawiać sobie małe cele. Przekraczać granice.
To miejsce właśnie powstaje. Dla Was i dla mnie. Z okazji Dnia Kobiet. Bo warto sięgać po marzenia. Te małe i te duże. Będziemy tam sobie o tym przypominać- tydzień po tygodniu
Szczegóły już dziś wieczorem!


