Wiele mam dzieci z niepełnosprawnościami siedzi w poczekalni.
Nie tylko tej dosłownej, w której czekają na terapie, wizyty lekarskie i decyzje urzędowe.
Ale także takiej, gdzie oczekują na… swoją kolej. Na odpowiedni moment. Na właściwy czas. Na to, kiedy w końcu będą mogły pomyśleć o sobie. Zrobić coś dla przyjemności. Nie dlatego, że wypada. Że sytuacja wymaga. Że ktoś tak chce.
Czekają…
Aż dziecko stanie się bardziej samodzielne, aż pójdzie do szkoły, aż skończy turnus, aż sytuacja się ustabilizuje. Aż lista zadań się skróci. Aż świat nie będzie ich tak bardzo potrzebował. Aż będą mogły wyjść na chwilę z roli.
Czekają…
Mijają dni, miesiące i lata. A one nadal tam są. W tej samej kolejce. W tym samym miejscu. Na szarym końcu. Siedzą. Zwlekają. Marzą. Pełne obaw, wątpliwości i wewnętrznych rozterek.
Zatrzymane w wiecznym trybie “jeszcze tylko…”. Pojemnym, rozległym i mieszczącym wszystko to, co zawsze wydaje się ważniejsze, a co w rzeczywistości jest workiem bez dna.
Zmieniają plany. Odraczają je w czasie. Odkładają na potem.
Otoczenie klepie je po ramieniu. Podziwia. Bije brawo. Chwali za to, że stają na wysokości zadania. Że są wszędzie tam, gdzie sytuacja tego wymaga. Że zawsze można na nie liczyć.
Żyją w wiecznej gotowości. W ciągłej dyspozycji. Cierpliwe. Zaangażowane. Czujne. Wrażliwe na potrzeby swoich dzieci i zdecydowane, by wyjść im naprzeciw.
W poczekalni, w której siedzą czas płynie inaczej. Nie ma drzwi, które za chwile się otworzą. Okienka, zza którego ktoś spojrzy im w oczy. Numerka, dającego jasny sygnał, że przyszła ich kolej.
Nigdzie nie wyświetli się żaden komunikat. Nikt ich nie wywoła. Nie zaprosi gdzieś, gdzie będą panowały inne zasady.
Siedząc tam, zaczynają wierzyć, że “prawdziwe życie” nie jest dla nich. Że nie dla psa kiełbasa. Że im się nie należy. Że wymyślają. Że mierzą za wysoko. Że powinny znać swoje miejsce w szeregu. Że pewne rzeczy są zarezerwowane dla tych, którzy mają łatwiej.
To ogromna pułapka. Pułapka odroczonego życia.
Im dłużej w niej siedzimy, tym trudniej nam z niej wyjść. Przyzwyczajamy się do bycia w przedsionku. Tracimy nadzieję, ale także ciekawość tego, co może być za progiem. Zapominamy o tym, jak to jest chcieć czegoś więcej. Czego tylko dla siebie. Poza terapiami, wizytami u specjalistów i domową logistyką.
Bywa tak, że kiedy okazjonalnie próbujemy, ktoś szybciutko sprowadza nas na ziemię. Przywołuje do porządku. Przypomina o tym, gdzie jest nasze miejsce.
Rozwój? Tak. Owszem. Ale tylko naszych dzieci. Potrzeby? Tylko takie, które są w zasięgu ręki. Nie będą sprawiać kłopotu. Angażować osób trzecich.
Krótka lonża wyznacza nam obszar, po którym możemy się poruszać. Bez fanfar i kibiców. Ale także bez złośliwych komentarzy.
Społeczny wizerunek matek-opiekunek nie mieści w sobie wszystkiego tego, o co mogłybyśmy wzbogacić nasz świat. Spełniania marzeń. Realizowania celów. Rozwijania pasji. Inwestowania w siebie.
Kiedy wszyscy naokoło sukcesywnie próbują zredukować nas do jednej roli, często zapominamy o własnej sprawczości, choć tak świetnie umiemy ją wykorzystywać pomagając innym.
A gdyby tak zacząć tu, gdzie stoimy? Jeszcze w przedsionku. Jeszcze nieśmiało. Jeszcze “w międzyczasie”. Pomiędzy jedną a drugą terapią. Czekając na korytarzu. Siedząc w samochodzie. W tych wszystkich kwadransach, które często upływają nam na niczym.
Co byś zrobiła, gdybyś miała od dziś odzyskać choćby 15 minut dziennie?



2 Responses
Ja mimo , że mam dziecko niepełnosprawne pracuje. Wymaga to ode mnie dużo sił, ale mogłam w ten sposób się realizować. Potrafię wygospodarować sobie czas, by pojechać do kina, na koncert, bo wiem, że muszę się zregenerować. Nie zawsze tak było, ale postanowiłam nie czekać na to, by otworzył mi ktoś drzwi do normalnego świata. Pozdrawiam.
I to jest wspaniałe! Bardzo mnie cieszy, kiedy coraz więcej mam dochodzi do takich wniosków ❤️ Wszystkiego dobrego!