Ile waży to, czego nie widać?

Powoli wracamy do rzeczywistości. Niedługo na nowo ruszą szkoły, przedszkola, ośrodki, a wraz z nimi my- ruszymy do ponownej batalii o lepsze jutro. Znowu wpiszemy się w harmonogramy, plany zajęć, rozkłady terapii. Znowu nasz rytm dnia zostanie wyznaczony przez rutynową logistykę. Ludzie na zewnątrz zobaczą nas pchających wózki, niosących dzieci lub pomagających im wejść po schodach, pakujących sprzęt do bagażników, dźwigających w torbach i plecakach wszystkie “przydasie”, których wymagają, które ułatwiają im życie, a czasem je umożliwiają. 

 

To ciężar fizyczny. Widać go. Budzi zainteresowania, współczucie i chęć pomocy. Ktoś coś nam przytrzymuje, otwiera drzwi, oferuje wsparcie. Ktoś pyta, co może zrobić, wyraża słowa uznania. Dziwi się, że same/i dajemy sobie radę. Zagaduje. Reaguje. A czasem przechodzi obojętnie. Odwraca wzrok. Udaje, że nas nie ma. I wraca do swojego życia.

 

Jest też inny ciężar. Taki, którego nie widzi nikt. Który nie mieści się w żadnym bagażniku, torbie i plecaku. Nie da się go zobaczyć, ale jest. Żywy. Realny. Niemal namacalny. To lęk o wyniki badań. To niepewność jutra. To troska o środki finansowe. To wątpliwości, czy robimy wystarczająco. To poczucie winy, że mogliśmy coś zrobić lepiej. To wyrzuty, że czegoś nie przewidzieliśmy, nie zabezpieczyliśmy, że o czymś nie pomyśleliśmy, nie dopięliśmy wszystkiego na ostatni guzik. To tysiące pytań, na które z rzadka pojawiają się odpowiedzi. Takie, które by nas usatysfakcjonowały, uspokoiły, uciszyły wszystkie głosy w naszej głowie.

 

To niewidzialny bagaż, który dźwigamy każdego dnia, często udając, że nie istnieje. Nie dzieląc się nim z innymi. Stwarzając pozory. Starając się sprawiać wrażenie, że świetnie sobie radzimy, że jesteśmy samowystarczalni, zorganizowani, niezłomni. Że panujemy nad sytuacją. Że się w niej odnajdujemy. Że wcale nie jest tak źle. Że mogło być gorzej. Że nawet, jeśli jest trudno, a bagaż ciężki, to przecież my jesteśmy silni i “dajemy radę”. Stajemy na wysokości zadania. 

 

“Przez długi czas można tak funkcjonować dobrze, a nawet bardzo dobrze- tym bardziej, że wewnętrzny niepokój jest siłą napędową do działania i stymuluje kreatywność”. Można oszukiwać innych i samych siebie odwlekając moment sięgnięcia po pomoc, przebywając w niekończącym się trybie “jeszcze tylko…”.



Jeszcze tylko załatwię urzędowe sprawy.

Jeszcze tylko pojedziemy na ten turnus.

Jeszcze tylko zorganizuję sprzęt.

Jeszcze tylko zamknę zbiórkę.

Jeszcze tylko ta wizyta.

Jeszcze jedna konsultacja.

Jeszcze ten zabieg, ta operacja, ten wyjazd.

Jeszcze tylko wykupię leki, sprawdzę terminy, zarezerwuję miejsce.

Jeszcze zadzwonię tu i tam, dopilnuję, uzgodnię, wyślę maila, zapytam i poinformuję.

 

A gdzieś… na szarym końcu… znajdę czas dla siebie. Po tysiącu spraw. Ważnych, poważnych i nie cierpiących zwłoki. Po wszystkich obowiązkach i powinnościach. Po załatwieniu sprawunków. Po odhaczeniu wszystkich punktów na niekończących się listach “to do”. Czekamy na odpowiedni moment. Na lepszy czas. Na to, aż będzie spokojniej. Aż się poprawi. Aż coś się zmieni. Aż rzeczywistość nie będzie tak absorbująca. Nie będzie wymagała od nas tyle uwagi, czasu i zaangażowania.

 

Można tak czekać i czekać. Radzić sobie samemu. Zakładać zbroję. Dźwigać ten plecak wrzynający nam się w ramiona. Można. Tylko po co? I komu to służy? Nam? Naszym dzieciom?

 

Przecież jeszcze gdzieś tam jesteśmy. Pod tymi wszystkimi obowiązkami, pod odpowiedzialnością, pod ciężarem codziennych trosk. Mamy swoje imię, potrzeby, ulubioną herbatę, muzykę i rzeczy, które nas cieszą. Jesteśmy. Choć czasem wydaje nam się, że się zatracamy, bledniemy i znikamy. Dla nas samych i dla świata.

 

Chcę, żebyście wiedzieli, że (wbrew temu, co może nam się wydawać i co próbuje wmówić nam świat), wcale nie musimy być w tym wszystkim same/i. I nie musimy czekać na „lepszy czas”, bo on może nigdy nie nadejść. Sami musimy go stworzyć. Wyjść z poczekalni. Otworzyć się na nowe. Rozłożyć ten ciężar i przestać dźwigać go w pojedynkę. 

 

Jeśli czujesz, że Twoje plecy nie wytrzymają dłużej samotnej wędrówki, to właśnie tworzę miejsce, w którym będziesz mogła/mógł zdjąć na chwilę ten niewidzialny plecak. Usiąść w gronie osób, które idą tym samym szlakiem- stromym, wyboistym i pełnym zakrętów. Szlakiem, do którego często nie ma mapy. Który sami wydeptujemy, karczując własnym trudem nieprzebyte dotąd ścieżki.

 

To przestrzeń dla rodziców dzieci z trudnymi diagnozami i dużymi wyzwaniami rozwojowymi. Grupa wsparcia, w której poczujesz się zrozumiana/y, wysłuchana/y i zauważona/y. 

 

Rekrutacja startuje już 07.01, ale jeśli już czujesz, że to coś dla Ciebie- napisz do mnie. 

 

Zarezerwuj sobie miejsce “przy ognisku”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Udostępnij ten post:
Facebook
WhatsApp

Zapisz się na darmowy newsletter

Zobacz również