Cena heroizmu

Czuję wibracje zegarka na ręce. Obudziłam się. Nie pierwszy raz tej nocy. Wiem, że już czas. Wstaję i kręci mi się w głowie. Wczoraj i dziś sklejają się w jedno. Nie ma między nimi wyraźnej granicy, kiedy sen wcale nie jest snem, a wiecznym czuwaniem, wstawaniem, noszeniem, uspokajaniem. 

 

Czuję, że mi zimno, że pieką mnie oczy, że jestem słaba. Jakbym miała być chora. Myję twarz. W lustrze widzę coś, co wcale mi się nie podoba. Cienie, opuchnięcie, znużenie.

 

Jestem zmęczona, choć nic jeszcze nie zrobiłam. Wyczerpana brakiem odpoczynku. Nieustanną gotowością. Dostępnością. Pojemnością na nie swoje emocje i potrzeby.

 

Nie pamiętam już jak to jest czuć się inaczej. Być wyspaną, wypoczętą, odprężoną. Jak to jest żyć bez napięcia i wiecznego stresu czającego się gdzieś z tyłu głowy. Zapomniałam co to znaczy spokój, równowaga, harmonia.

 

Od samego rana wiem, ile jeszcze przede mną- obowiązków, zadań, małych i wielkich spraw. Nie mam czasu zastanawiać się nad tym, czy w ogóle mi się chce, czy mam ochotę, czy dam sobie radę.

 

Mechanicznie wykonuję kolejne czynności wpisane do harmonogramu, którego nikt oficjalnie nie ustalał, bo napisało go samo życie, planując dla mnie coś, na co wcale nie byłam gotowa. Rolę, do której scenariusz dostaję znienacka, a nagle kurtyna się odsłania i wszystkie reflektory świecą na mnie. 

 

Po jakimś czasie recytuję ją z pamięci. Odtwarzam każdego dnia. Moje ciało zna na pamięć wszystkie ruchy- ubieranie, karmienie, pojenie, przygotowywanie leków. Odhaczam w głowie kolejne czynności. Trzymam się planu, który wcale ze mną nie współpracuje, co rusz dając mi do zrozumienia, jak niewiele da się przewidzieć i zrealizować zgodnie z założeniami.

 

Na zewnątrz jednak wcale tego nie widać. Sprawiam wrażenie uporządkowanej, zadaniowej, poukładanej. Słyszę słowa podziwu i zapewnienia, że “świetnie sobie radzę”. Uśmiecham się blado, dziękuję, ale w głębi duszy wcale tak nie czuję. Czasem nawet odważę się powiedzieć to na głos. Spotykam wtedy spojrzenia pełne niedowierzania, zakładające, że to skromność i kokieteria, a nie realna świadomość, że wcale nie panuję nad sytuacją, a wszystko raz po raz wymyka się spod kontroli, ciągnąc za sobą kolejne elementy tej pokrętnej układanki. Efekt domina.

 

Nie jestem idealna i wcale nie chcę nią być. Wolałabym być po prostu wyspana. Niczego nie udowadniać. Nie stawać na rzęsach. Posiedzieć w ciszy, zamiast słuchać galopujących myśli, które nieustannie krążą mi po głowie. Przypomnieć sobie, jak to jest, kiedy nic nie boli. Kiedy wie się, co robić i zna odpowiedzi na codzienne pytania.

 

Wiem, że wiele z nas tak ma. Czuje złość, bezradność i brak wsparcia. A w duchu myśli sobie, że coś tu jest nie tak, bo przecież “powinnyśmy…”. Dawać radę, dźwigać wiele, zawsze stawać na wysokości zadania, poświęcać się, wchodzić w rolę i udowadniać miłość działaniem. Z uśmiechem na twarzy i spełnieniem w sercu.

 

“Powinnyśmy…”. To zdanie otwarte. Wielokrotnie złożone. Lista rzeczy, które można by tu wymienić, nie ma końca. Jakby nasze życie było performansem, a nie prawdziwym istnieniem ludzi z krwi i kości, którzy mają prawo do tego, żeby czasem “mieć dość”. I wcale nie znaczy to, że oblałyśmy jakiś test. Żadnego testu nie ma, a jeśli już ktoś, albo my same, oceniamy swoje działania, nie powinnyśmy tego robić na skali, na której jest tylko 0 albo 1. Bo to zwyczajnie nie fair. 

 

Heroizm ma ogromną cenę. Sprawia, że zaczynamy tracić siebie z oczu. Stajemy się funkcją i zbiorem odpowiedzialności. Kimś, kto realizuje zadania przeznaczone dla wielu par rąk, wymagając od siebie, że zawsze wykona plan. Nawet taki, który zakłada niemożliwe. 

 

Doskonale wiem, jak to jest. Długo nakładałam na siebie kolejne zadania. Płakałam ze zmęczenia i frustracji. Wytykałam sobie, że nie ogarniam, nie dowożę, zawodzę. 

 

Aż zrozumiałam, że do niczego dobrego mnie to nie prowadzi. A już na pewno nie do miejsca, w którym chciałabym być. Czyli jakiego? No właśnie! W pewnym momencie musiałam zadać sobie to pytanie. Oraz wiele innych. 

 

Jakie jest prawdopodobieństwo, że dam radę funkcjonować tak przez długi czas? 

Co chciałabym, żeby się zmieniło, a co odpowiada mi takie, jakie jest? 

Gdzie siebie widzę za rok, dwa, trzy? 

 

To nie były komfortowe i łatwe pytania, bo odpowiedzi wymuszały jakiś ruch. Jakąś zmianę. A zmiany zawsze są  niewygodne. Trzeba się z nimi układać. Oswajać. Przyzwyczajać. Przekonywać do nowego porządku. Zaufać, że wiemy, co robimy. Że to dla nas dobre, choć trudne. 

 

Krok po kroku tworzyłam sobie miejsce, w którym chcę być. Wciąż tam zmierzam. I staram się także zabierać tam inne osoby. Pokazywać, że można. Że da się inaczej, lepiej, lżej. Że zmęczenie jest faktem, a nie naszą winą. Że w życiu każdej z nas, oprócz wyzwań i trudności, jest także wiele piękna i miejsca na rozwój własnego potencjału. 

 

Tak właśnie powstała Grupa Mam OzN, które czują, że MOGĄ, gdzie codziennie inspirujemy się i motywujemy do różnych działań. Do wyjścia z roli. Pozwolenia sobie na oddech. Jeżeli czujesz, że to może być miejsce dla Ciebie- napisz do mnie. Opowiem Ci więcej o tym, co w środku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Udostępnij ten post:
Facebook
WhatsApp

Zapisz się na darmowy newsletter

Zobacz również