Wszelka cena to za drogo…

Często traktujemy rodzicielstwo jak projekt do zrealizowania. Projekt, w którym wraz z miłością pojawiają się pewne zobowiązania. “Coś trzeba”, “coś musimy”, “coś wypada”. Zanim jeszcze zostaniemy rodzicami, nosimy w sobie obraz tego, co to znaczy być “dobrą mamą”, czy “dobrym ojcem”. Snujemy narrację wokół swojego przyszłego rodzicielstwa, często w opozycji do tego, którego sami doświadczaliśmy w dzieciństwie. Chcemy dać naszym dzieciom to, czego my nie dostaliśmy, czego nam brakowało. Chcemy być lepsi niż nasi rodzice. Być o krok przed nimi. 

 

Chcemy postrzegać rodzicielstwo jak proste równanie, w którym ilość nakładów równa się ilości zysków. Wierzymy, że jeśli tylko odpowiednio podejdziemy do tematu, poświęcimy mnóstwo czasu, pracy i zaangażowania, to musi się udać. Uważamy, że to, jak radzą sobie nasze dzieci świadczy o nas. Jest miarą naszego sukcesu (albo porażki). Świadectwem rodzicielskich kompetencji i zaradności. Dowodem na to, że się staramy, że dajemy z siebie wszystko, że chcemy dla dziecka jak najlepiej. Narzucamy sobie mnóstwo zadań, które mają prowadzić do upragnionych rezultatów. Wierzymy, że to nasza odpowiedzialność. Powinność. Zobowiązanie. Chcemy wspierać, Stwarzać szanse. Dmuchać w żagle. 

 

Wszystko wydaje się w porządku, kiedy to się udaje. Ale co wtedy, kiedy choć dajemy z siebie wszystko, nasze dziecko nie osiąga zamierzonych przez nas rezultatów? Kiedy jego forma się nie zmienia? Kiedy utyka na tym samym poziomie? Kiedy nie rozwija się tak, jak byśmy chcieli? Jak zauważa psycholożka i psychoterapeutka Katarzyna Sucajtys: “Rodzice odczuwają wstyd, przypisując sobie całą sprawczość i całkowitą odpowiedzialność za stan kliniczny swojego dziecka. A przecież nie mamy wpływu na wszystko. (…) Jako rodzice nie przyczyniamy się do wszystkiego, ale i nie możemy wszystkiemu zapobiec”. 

 

Gdzieś podświadomie, każdy z nas to wie. Mimo to, dokładamy wszelkich starań, by przechytrzyć rokowania, oszukać diagnozę, pokazać wszystkim dookoła, że u nas będzie inaczej. Że to my będziemy tą historią, którą wszyscy dookoła będą na pocieszenie powtarzać innym. Historią o tym, że nic na to nie wskazywało, a jednak się udało. Że wiara czyni cuda. Że determinacja rodzica jest ponad. Ponad wiedzę naukową, ponad to, co mówią lekarze, ponad to, jak dotychczas funkcjonowały dzieci z takimi samymi diagnozami. 

 

Czasem oczywiście tak się dzieje. Wiara, nadzieja i miłość oraz nasze zaangażowanie wystarcza, żeby zawrócić bieg historii. Wprowadzić do niej szczęśliwe zakończenie. Czasem. To te wyjątki, które potwierdzają regułę. Których chcemy się usilnie trzymać, żeby nie stracić ostatniej iskierki nadziei. Chciałabym jednak, żebyście wiedzieli, że jeśli nie jesteście jednym z nich, to NIE ŚWIADCZY O WAS. To nie wynik tego, że staraliście się za mało. Że sobie odpuściliście. Że zrobiliście coś nie tak. Zawsze lubimy myśleć co by było, gdyby… Gdybyśmy spróbowali innych terapii, pojechali na więcej turnusów, odwiedzili innych lekarzy… Problem z takimi myślami jest taki, że nigdy nie będziemy mieli okazji się o tym przekonać, a tylko zatruwamy sobie nimi życie, jednocześnie próbując wszystkiego, żeby wpłynąć na sytuację, na którą często nie mamy wpływu. Nie wiemy, co by było, gdyby… Wiemy za to, co jest tu i teraz: uprzykrzamy sobie życie scenariuszami, które odbierają nam siłę do działania w jedynej rzeczywistości, jaką mamy.

 

Akceptacja kojarzy nam się jednak z odpuszczeniem. Z poddaniem się. Ze złożeniem broni. Z obojętnością. Z przyznaniem, że nad czymś nie mamy kontroli. Tymczasem, to nie machnięcie ręką. To nie skreślenie swojego dziecka. To nie odbieranie mu szans. To właśnie szansa! Szansa na przyjęcie je takim, jakie jest, z otwartymi ramionami, z otwartym sercem. To szansa na namiastkę dzieciństwa, spędzonego nie tylko na różnokolorowych materacach, z obcymi ludźmi i w zamkniętych gabinetach. Na swobodę. Na beztroskę. Na poczucie, że moja mama i mój tata nie chcieliby, żebym był kimś innym, bo coś jest ze mną nie tak. 

 

Nie zrozumcie mnie źle. Nie chodzi mi o zaniechanie. O rezygnację ze wszystkiego. O nieudzielanie dziecku wsparcia. Chodzi mi o nierobienie niczego za wszelką cenę. 

 

Wszelka cena to za drogo. 

 

I nikt nie powinien jej płacić. Ani my. Ani nasze dzieci. Często bowiem dzieje się tak, że one w tym wszystkim schodzą na dalszy plan, a na scenie główną role grają nasze ambicje, oczekiwania i marzenia. Że spalamy swoją energię w wiecznej walce. Że tracimy łagodność, wyrozumiałość i czułość, kierowani przekonaniem, że tak trzeba. W końcu tak mówią specjaliści. Takie są zalecenia.

 

Co się jednak dzieje, gdy ta nieustanna walka, to ciągłe „staranie się bardziej” i życie w poczuciu, że trzeba przechytrzyć los, trwają miesiącami, a nawet latami? Co się dzieje z nami, gdy całą swoją energię inwestujemy w projekt, który nie przynosi oczekiwanych rezultatów? Silnik, który pracuje bez przerwy na najwyższych obrotach, w końcu się przegrzewa. Paliwo, którym jest nadzieja i siła, kiedyś się kończy. 

 

I właśnie wtedy płacimy tę cenę. Cenę, którą jest wypalenie. Głębokie, emocjonalne i fizyczne wyczerpanie. Poczucie, że coś w środku nas zgasło, a radość z rodzicielstwa znika pod przytłaczającym ciężarem obowiązków. Kontakt z dzieckiem zaczyna nam się kojarzyć z listą zadań do wykonania. Z listą, która nie ma końca. A to rodzi emocjonalny dystans i związane z nim poczucie winy.

 

Jeżeli też tak masz, to wiedz, że nie jesteś sama. Mnóstwo matek na całym świecie, wciąż i wciąż, zadają sobie te same pytania: czy robię wszystko tak, jak należy; czy jestem dobrą mamą; czy to moja wina, że moje dziecko nie rozwija się tak, jak jego rówieśnicy? I wiele, wiele innych. Pocieszające jednak jest to, że z tego błędnego koła da się wyjść. Że da się odrzucić nierealistyczne oczekiwania, presję bycia idealnym rodzicem i przekonania, że wszystko zależy tylko od nas. Że da się stawiać granice, dbać o własne potrzeby i odnajdywać radość w rodzicielstwie, które nie jest idealnym projektem, ale autentyczną relacją.

 

Właśnie o tym, jak zejść z tej ścieżki prowadzącej prosto do wypalenia, jak zamienić poczucie winy na współczucie dla samej siebie i jak odnaleźć spokój w niedoskonałości, piszę w moim e-booku (Nie)wypalone Matki. Jeśli czujesz, że to moment, by zatroszczyć się o siebie i poszukać nowej, bardziej łagodnej drogi w rodzicielstwie, zapraszam Cię do jego lektury. 

 

Kliknij tutaj, aby dowiedzieć się więcej i zacząć swoją podróż ku spokojniejszemu rodzicielstwu.

 

#wypaleniemaznaczenie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Udostępnij ten post:
Facebook
WhatsApp

Zapisz się na darmowy newsletter

Zobacz również