Co wtedy?

Byłam niedawno na warsztatach rozwojowych dla kobiet. Spotkanie nosiło znamienny tytuł “Zacznij od siebie”. 12 uczestniczek. Wśród nich 2, które na co dzień mierzyły się z niepełnosprawnością swoich bliskich- razem ze mną to 25% grupy, choć zajęcia nie były profilowane pod tym kątem. Całkiem spory odsetek, prawda?

 

Rodzicom dzieci z niepełnosprawnościami często wydaje się, że żyją na marginesie. Że tylko ich to spotkało. Że są mniejszością. Innym gatunkiem, w innym świecie. To świat, w którym obowiązują inne zasady, inne problemy, nawet inny język, dostępny tylko dla tych, którzy przeszli tą samą drogę. Jest inicjacja, odbywająca się zazwyczaj w szpitalnych murach, gabinetach lekarskich, na salach porodowych. Dzięki niej stajesz się częścią plemienia. Są pewne rytuały, komisje, dokumenty, procedury, obrzędy. Niedostępne dla reszty ludzkości, żyjącej sobie innym życiem, z innymi problemami, w równoległej rzeczywistości. My i oni. Klasyczny socjologiczny podział na swoich i obcych. 

 

Wbrew temu, co zwykliśmy sądzić, wcale nie jest “nas” tak mało. Wciąż mnie to zaskakuje. Burzy utrwalony przez lata porządek rzeczy. Porządek, który obowiązywał tylko w mojej głowie. Nie mający nic wspólnego z rzeczywistością. Zaskoczyło mnie to. Zdziwiło. A jednocześnie, poczułam się trochę bardziej “swojo”. Wspólne doświadczenia zbliżają. Przełamują lody. Sprzyjają otwartości. To samo uczucie towarzyszyło mi, kiedy weszłam do tego świata. Kiedy zobaczyłam jego skalę, która do tej pory ukrywała się przede mną gdzieś w podziemiu. W podziemiu, do którego wcześniej nie miałam dostępu. A teraz, prawie 4 lata później, siedzę w kręgu przypadkowych kobiet, z którymi właśnie “to” mnie łączy. 

 

Nie była to jedyna refleksja, która pojawiła się na tym spotkaniu. Byłam tam najmłodsza. Zauważyłam to zaraz po wejściu. Nie wiem czemu, ale ten szczegół od razu rzucił mi się w oczy. Być może szukałam z kimś jakiejś nici porozumienia, a jedyne na czym można bazować, kiedy kogoś nie znamy, to właśnie coś, co widać na pierwszy rzut oka (?) Kiedy się przedstawiałyśmy i mówiłyśmy o tym, dlaczego tu jesteśmy, większość uczestniczek wspomniała o tym, że odkąd dzieci podrosły lub wyprowadziły się z domu, poczuły, że teraz jest ten moment, żeby zrobić coś dla siebie. Tak. Dobrze czytacie. Niektórym z nich, dojście do tego wniosku zajęło kilkanaście lat. Siedziałam tam, słuchałam tego, a w środku czułam ciężar tych słów i wszystkiego tego, co ze sobą niosły. Ciężar poświęcenia. Ciężar troski. Ciężar rezygnacji z wielu rzeczy, które dla każdej z nich kiedyś były ważne. W tym innym życiu. Poprzednim. Wtedy, kiedy nie było w nim jeszcze dzieci. Jedna z nich uświadomiła sobie, że czuje pustkę. Że wszyscy, którzy stanowili centrum jej świata rozeszli się w swoje strony, a ona nie wie, co ma zrobić z tym, co jej zostało. 

 

Łatwo się zatracić w macierzyństwie. Jest intensywne, absorbujące i czasem wciąga nas bez reszty. Za wszystkim, co robimy stoją przecież dobre intencje i wartości płynące prosto z serca. Wszystko to, w co wierzymy i czemu chcemy być wierne. Wszystko to, w co wierzy społeczeństwo, czego od nas oczekuje, co wpisuje się w rolę matki i sukcesywnie nas do niej redukuje. Niepostrzeżenie. Niezauważalnie. Stopniowo. Zaczynamy rozdawać siebie, małymi krokami, aż pewnego dnia uświadamiamy sobie, że nic już dla nas nie zostało. Że nawet nie ma już “nas”, bo gdzieś po drodze zupełnie przepadłyśmy. A czasem nie uświadamiamy sobie tego wcale. Dopiero, kiedy inni mniej nas już potrzebują, kiedy zaczynają żyć swoim życiem, a my nie mamy już własnego, bo tak bardzo wrosłyśmy w tamto. 

 

W przypadku mam dzieci z niepełnosprawnościami, ten etap może jednak wcale nie nastąpić. Tu “służba” często trwa do końca życia. Jednej ze stron. Co wtedy? 

 

Wtedy pytanie “kiedy w końcu przyjdzie mój czas?” może pozostać bez odpowiedzi. W wiecznym zawieszeniu. W wiecznym oczekiwaniu. Aż świat zwolni. Aż będzie mniej obowiązków. Aż stanie się cud. Pomimo naszych najszczerszych chęci, ten czas nie przyjdzie jednak sam. Trzeba go sobie stworzyć, a czasem wyrwać. Z ciasnego grafiku, z przeładowanej codzienności. Przestać myśleć, że to egoizm. Że nie wypada. Że ktoś na tym ucierpi. Nie. Nie ucierpi. Cierpi teraz. Każda strona tej relacji. My, bo każdego dnia się wypalamy i nasze dzieci, bo czują, że ktoś, kto jest dla nich najważniejszy- gaśnie. W tym nieustannym maratonie troski musimy nauczyć się budować swoje małe oazy normalności, odnajdywać zagubione fragmenty własnej tożsamości. Nie jesteśmy w tym same. Nasze plemię jest większe, niż myślimy.

 

Jesteśmy czymś więcej. Zawsze byłyśmy. Trzeba sobie tylko o tym przypomnieć, a jedyną osobą, która może nam dać na to przyzwolenie, jesteśmy my same. E-book “(Nie)wypalone matki” to mój sposób na to przypomnienie. To opowieść o tym, jak zacząć od siebie, nawet gdy wydaje się to niemożliwe. Jak w chaosie codzienności odnaleźć busolę wskazującą na własne potrzeby i marzenia. Jeśli pragniesz ją odnaleźć w sobie, zapraszam Cię do świata (Nie)wypalonych matek. To może być Twój pierwszy krok.

 

Pobierz swój przewodnik po wypaleniu: https://bezinstrukcji.pl/do-pobrania/

 

#wypaleniemaznaczenie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Udostępnij ten post:
Facebook
WhatsApp

Zapisz się na darmowy newsletter

Zobacz również

Inne = gorsze?

Będąc rodzicem dziecka z niepełnosprawnością bardzo łatwo jest patrzeć na własne życie przez pryzmat deficytu. Na pierwszy rzut oka widać

> Czytaj więcej