Kocham swoje dziecko, ale…

Kocham moje dziecko, ale czasem brakuje mi sił.

 

Kocham moje dziecko, ale jestem zmęczona ciągłą walką.

 

Kocham moje dziecko, ale tęsknię za “normalnym” życiem.

 

Kocham moje dziecko, ale mam dość jego niepełnosprawności.

 

Kocham moje dziecko, ale czasem czuję, że tracę samą siebie.

 

Kocham moje dziecko, ale bywa, że mam ochotę po prostu uciec.

 

Kocham moje dziecko, ale opłakuję przyszłość, której nigdy nie będzie.

 

Pewnie po słowie dziecko, powinnam postawić kropkę. Tak byłoby poprawnie. Należycie. Właściwie. To wypowiedź, która nie powinna wzbudzać żadnych wątpliwości. Żadnego zawahania. Żadnych obiekcji, kryjących się za słowem “ale”, pozostającym w kontraście do pierwszej części zdania. 

 

Tymczasem, miłość to pojemne zjawisko, mieszczące w sobie zachwyt, wzruszenie i dumę, ale także straty, wyrzeczenia i rozczarowania. Często w tym samym czasie. O tej ciemniejszej stronie mówi się znacznie mniej. Wstydzimy się do niej przyznać. Wstydzimy się nawet przed sobą, że ona w ogóle istnieje. Że dopuszczamy do siebie myśli, które są niewygodne i sprzeczne z naszym systemem wartości. Systemem, w którym bezwarunkowa miłość i dobro dziecka zazwyczaj zajmują jedno z ważniejszych miejsc. 

 

W obliczu tego dysonansu czujemy się nieswojo. Nie potrafimy zaakceptować tej części nas, której doskwiera rozczarowanie i zmęczenie rodzicielstwem. Brakuje nam empatii i zrozumienia dla własnych myśli i uczuć. Staramy się je tłumić, wypierać, lekceważyć. Traktujemy je jak słabości. Rysy na szkle. Jako coś, co nie powinno mieć miejsca. Jesteśmy dla siebie surowi, karcący. Stosujemy mechanizmy obronne, unikając konfrontacji z tym, co trudne i bolesne. Tymczasem, jak pisze Izabela Gołębiewska: “…nie da się być kochającym rodzicem, jeśli wciąż atakujemy siebie za to, że nie jesteśmy rodzicem wystarczająco dobrym”. 

 

Czyli właściwie jakim?

 

A no takim, który nigdy się nie złości, jest zawsze cierpliwy, wyrozumiały i dostępny emocjonalnie. Perfekcyjnie zorganizowany. Z łatwością godzi pracę i domowe obowiązki. No i zrobi dla dziecka wszystko. A jak pojemne jest to słowo, rodzice dzieci z niepełnosprawnościami wiedzą najlepiej. W ich sytuacji “wszystko” oznacza często każdą czynność, w której trzeba pomóc, wyręczyć, asystować, przetrzeć szlaki. Oznacza codzienne zmagania z obojętnym światem i walkę o to, aby stał się on bardziej przystępny i ludzki. To bój o sprawność, o rozwój potencjału, o środki finansowe. Bój, w którym często rodzic pozostaje sam. Ze społecznymi oczekiwaniami, ze społeczną presją, z milczącym założeniem, że wypełni on wszystkie luki systemowe i przejmie tysiąc różnych ról, które zostały mu narzucone. Ze spokojem, z wprawą, z bezsłowną zgodą. Zachowując przy tym równowagę psychiczną i własne siły, które w jego sytuacji powinny być niewyczerpywalne. 

 

Co czujecie, kiedy to czytacie? Czy jest to coś, pod czym można się podpisać? Czy to scenariusz na życie, który ktokolwiek z nas chciałby realizować? I czy jego realizacja w ogóle jest możliwa? To oczywiście pytania retoryczne. Odpowiedź zna każdy z nas. I rozpoczyna się na literę N. 

 

A mimo to, tak często w tym jesteśmy. I jeszcze karcimy siebie, że czasem mamy dość. 

 

Chciałabym Wam powiedzieć, że wszystkie trudne myśli, które pojawiają się w naszych głowach są normalne. Ma je każdy. Tylko nie każdy o tym mówi. Nie świadczą o tym, że coś z nami jest nie tak. Wręcz przeciwnie. Są głosem miłości. Świadectwem, że przez długi czas staraliśmy się “za bardzo”, że za długo byliśmy “zbyt”- zbyt przeciążeni, zbyt samotni, zbyt silni i zbyt wytrwali, by się poddać. 

 

To właśnie to poczucie osamotnienia w byciu „zbyt” jest najtrudniejszą częścią tej podróży. To ono prowadzi do wypalenia. Pytanie brzmi: co zrobić, gdy już wiemy, że te trudne myśli są normalne?

 

Uznanie tych uczuć to pierwszy, najważniejszy krok do odzyskania równowagi. Ale co dalej? Jak zamienić to wyczerpujące „zbyt” w świadomą siłę, która nie niszczy nas od środka? Jak nauczyć się stawiać granice, odpuszczać i znajdować przestrzeń dla siebie, nie czując przy tym winy? To nie jest łatwe zadanie. To coś, co pięknie brzmi, a co tak trudno często wdrożyć w życie. Dlatego stworzyłam miejsce, w którym Twoje „ale” jest nie tylko akceptowane, ale i w pełni rozumiane.

 

W e-booku “(Nie)wypalone matki” dzielę się z Tobą nie tylko swoimi refleksjami, ale także tworzę przestrzeń dla Ciebie. Przestrzeń, w której jest miejsce na słabość i wszystkie emocje, które towarzyszą nam pod spodem, a także wewnętrzny dialog, który zaprasza do powrotu do swojego prawdziwego “ja”, odartego z obowiązków, oczekiwań i społecznej presji. Zasługujesz na troskę i wsparcie tak samo, jak Twoje dziecko. Zasługujesz na chwilę oddechu i na przestrzeń, w której Twoje uczucia będą bezpieczne i ważne. 

 

Pobierz swój tutaj: https://bezinstrukcji.pl/do-pobrania/

Do końca sierpnia z kodem rabatowym EDYTA możesz zaoszczędzić 15zł.

#wypaleniemaznaczenie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Udostępnij ten post:
Facebook
WhatsApp

Zapisz się na darmowy newsletter

Zobacz również