Spowiedź „złej” matki, czyli o poczuciu winy, gdy robisz coś dla siebie

No i przyszedł wrzesień. Dla jednych wyczekiwany, dla innych budzący skrajne emocje. Coś się kończy, coś zaczyna. Symbolicznie żegnamy lato, krótkie spodenki i długie wieczory. Witamy zimne poranki, ciepłe swetry i opadające liście. Żegnamy wakacje. Dla wielu czas radości i beztroski. Witamy kolejny rok szkolny i nowe obowiązki. Dla niektórych to trudny czas. Czas, w którym trzeba poukładać wiele spraw i wprowadzić nową (lub zapomnianą na czas wakacji) rutynę. 

 

W tym roku nie byłam nigdzie, a jednocześnie byłam wszędzie. Dziwne to było lato. Pod względem pogody, tempa i tego, jak upływało. Niby nie działo się nic, a jednak działo się tak wiele, że po tych “wakacjach” trzeba teraz odpocząć. Postanowiłam, że końcówka sierpnia będzie czasem różnych przyjemności. Czując ogromny niedosyt wolnego czasu, a raczej czasu dla siebie, zadecydowałam, że zrobię wszystko, żeby go sobie dać. Chciałam symbolicznie zakończyć te wakacje jakoś “fajnie”. Czy było łatwo? I tak i nie. Łatwo przyszły plany, gorzej z ich realizacją. I to wcale nie ze względu na niesprzyjające warunki, tylko na mnie samą. 

 

Kiedy przekraczamy granice zmęczenia, jedyne o czym marzymy, to “nicnierobienie”, na które niezwykle trudno sobie pozwolić. Ostatni miesiąc to mnóstwo nieprzespanych nocy. Dużo za dużo. To mnóstwo czasu spędzonego z dzieckiem. Czasu, w którym wszystko inne musiało zejść na dalszy plan. Wszystko to razem wzięte powoduje, że mając do wyboru różne ciekawe opcje, najbardziej kusi nadrabianie zaległości, albo wizja snu, który i tak jest mocno niepewny. Ale! Wybrałam inaczej. Poszłam za głosem serca. Nie rozumu. Pozwoliłam sobie na to, co od dawna odkładałam na później. W końcu udało mi się zrealizować prezent na dzień matki (masaż). Krótko przed tym, zanim stracił datę ważności. Byłam także w kinie. W tym samym dniu! A dzień później pojechałam na festiwal muzyczny. Imprezę, na której nie byłam chyba od czasów studiów. I wiecie co? Od razu odczułam potrzebę, żeby się z tego tłumaczyć. Żeby wyjaśnić całemu światu, że “normalnie tak nie robię”, że “normalnie to się nie zdarza”, że “tak nie mam”. Jak gdyby było to coś złego, z czego należy się wyspowiadać, bo inaczej trafi się do piekła. Piekła, w którym smażą się “takie” matki. 

 

Dziwnym zbiegiem okoliczności, dzisiaj na “Luźnych rozmowach” podejmowałyśmy właśnie taki temat- “Jak znajduję przestrzeń na to, co JA lubię robić?”, co niezwykle wpisało się w moje ostatnie rozkminki. Obok wielu inspirujących historii, pojawiły się także smutne refleksje. Głosy mówiące o tym, że codzienność jest tak absorbująca i pełna wyzwań, że nie ma w niej przestrzeni na nic swojego. Że nie ma w niej miejsca dla siebie. Że czasu i energii ledwo wystarcza na obowiązki. Na wszystko to, co się powinno. Co musimy. Co trzeba. Za każdym razem, gdy słyszę takie historie, pęka mi serce. I myślę sobie o tym, jak bardzo to krzywdzące. Jak bardzo niesprawiedliwe. 

 

Czasem czujemy duży dyskomfort, gdy rozładowuje nam się telefon, a od siebie oczekujemy, że będziemy cały czas świecić na zielono, niepodłączone do żadnej ładowarki. Funkcjonujemy, jakby nasze zasoby były nieograniczone lub cudownie i samoistnie się odnawiały. Jakby był to tryb domyślny. Ustawienia fabryczne. W końcu, nikt nie ma co do nich żadnych zastrzeżeń. Tak po prostu JEST. To nasza rola. Nasze zadania. Nasza odpowiedzialność. Nasze listy powinności, których nie ma końca. A przecież- najpierw obowiązki, potem przyjemności. Bez pracy nie ma kołaczy. Najpierw praca, potem zabawa. Problem w tym, że na tą zabawę zazwyczaj nigdy nie starcza ani sił, ani czasu. A nawet jeśli, to na pewno można by je przecież lepiej wykorzystać. Zrobić coś pożytecznego. Dla dobra wszystkich dookoła. 

 

Ciężko jest wyjść z tego błędnego koła. Ciężko jest postawić granice. Powiedzieć NIE. A nawet, jeśli zaczynamy to robić, towarzyszy temu dziwny dyskomfort. Jakbyśmy rozglądały się dookoła z niepewnym pytaniem, “czy tak można?”, “czy wypada?” i “co inni powiedzą?”. I czasem nawet byśmy chciały, czasem nawet nas kusi, czasem nawet pojawi się myśl, żeby spróbować inaczej, ale tak trudno jest postawić ten pierwszy krok. Na szczęście nie musi on być spektakularny. Nie musi być rewolucją. Przewrotem. Zmianą o 180 stopni. Te najmniejsze robią zazwyczaj największą robotę. Bo są możliwe. Bo tak nie przerażają. Bo mają szanse na kontynuację, na dalszy ciąg, na regularność. W codziennym życiu. W warunkach, jakie mamy. Od nich wszystko się zaczyna. Dzięki nim nabieramy rozpędu. Wiatru w żagle. Zmieniamy perspektywę. Przestajemy kierować światło naszej uwagi wyłącznie na zewnątrz, a zaczynamy zwracać je ku sobie. To, jak powrót do domu. Odnalezienie siebie na nowo.

 

Jeżeli nie macie pomysłu na to, od czego zacząć, polecam Wam najnowszą publikację Fundacji Jesteśmy Ważni- II edycję Ważnego Plannera, który przeprowadzi Was łagodnie przez 12 miesięcy drobnych kroków, które całościowo tworzą wielką zmianę. Kroków, które są realne. Które można wcielić w życie. Które mogą stać się elementem codzienności rodziców takich, jak my. Bo nowy rok szkolny, to taki trochę drugi początek roku. Niesie ze sobą wiele zmian. Często trudnych. Często takich, w których nie tylko musimy zaopiekować nasze dzieci, ale także siebie. Nie odkładajmy tego na później. Nie zaciągajmy u siebie tego długu. Długu na własnym samopoczuciu, zdrowiu i dobrostanie. Pamiętajmy o tym, że my też jesteśmy ważni. Że bez nas… No właśnie. Co? 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Udostępnij ten post:
Facebook
WhatsApp

Zapisz się na darmowy newsletter

Zobacz również