Głowa wie, ciało nie

Dziś znowu musiałam przekroczyć próg tego miejsca. Cieszę się, że bywamy tu tak rzadko. Smucę się, że w ogóle musimy tu być. Czuję wdzięczność, że to rutynowe wizyty. Czuję żal, że nie możemy się obyć bez nich. Że nasze życie podlega medykalizacji. Że nasza historia splata się ze szpitalnymi oddziałami. Jest zapisana w kartotekach. Że nie jesteś tylko dzieckiem, ale także pacjentem, trudnym przypadkiem, zgniłym jajem przekazywanym z rąk do rąk, które zazwyczaj finalnie rozkładają się w bezradnym geście. 

 

Wiem, że tak jest i będzie. Choć wolałabym, żeby mniej było tu trybu przypuszczającego. Mniej “może to pomoże”, “może tym razem się uda”. Więcej pewności. Dłuższe listy sugerowanych propozycji. Coś, z czego moglibyśmy wybierać, a nie chwytać się tego, jak ostatniej deski ratunku. Co nie byłoby wyborem mniejszego zła. Koniecznym, bo dobrych rozwiązań brak. Byśmy rzadziej czuli się przyparci do muru. Rzadziej dochodzili do ściany. By w końcu ktoś popatrzył na to wszystko i wykrzyknął “aha”! Przeprowadził nas z punktu A do punktu B. Ze spokojem. Z pewnością w głosie.

 

Byśmy jeszcze potrafili zaufać. Grać do jednej bramki. Nie sprawdzać każdego ruchu tych, którzy powinni zapewniać bezpieczeństwo, a jednak budzą niepokój. Bo sami nie wiedzą, co robić. Choć nie zawsze się do tego przyznają. Byśmy na swoim koncie nie mieli tylu rozczarowań: systemem i białymi fartuchami.

 

______________

 

Jesteśmy 25 minut wcześniej. Szukam miejsca parkingowego. Przemiły Pan w punkcie poboru opłat informuje, że nie ma nic wolnego. 

 

– Spróbuję znaleźć coś na zewnątrz – mówię.

– Gdzie? – pyta z ciekawością.

 

Wskazuję na miejsce przed wjazdem na teren szpitala. On nie komentuje. 

 

Wyjeżdżam i jadę tam, gdzie parkowaliśmy wiele razy wcześniej. Szlabany – “wjazd tylko dla studentów i pracowników szpitala”. 

 

– Czemu mnie o tym nie poinformował? – myślę (w dużo mniej cenzuralnych słowach).

 

Wracam. W międzyczasie zrobiła się już duża kolejka aut. Ustawiam się na końcu. Wszyscy czekają. Patrzę na zegarek. Już wiem, że nie będziemy na czas. W końcu dojeżdżamy do budki parkingowej. Podejście numer dwa.

 

– Nie ma miejsc- mówi po raz kolejny.

– Co w takim razie mam zrobić? Mam wizytę z dzieckiem…

– Musi Pani poczekać aż ktoś wyjedzie – oznajmia. 

 

Czekam. Po chwili ktoś opuszcza parking. Wjeżdżamy. Mnóstwo samochodów zaparkowanych na dwóch miejscach. Szukamy tego jedynego. Udaje się zaparkować. Wyciągam wózek, śpiwór, dziecko, plecak. Idziemy.

 

Ponownie przekraczam próg tego miejsca. Miejsca, które wolałabym znać tylko z opowieści. To rutynowa wizyta. Nic spektakularnego się tutaj nie wydarzy. Głowa o tym wie. Ale ciało zupełnie nie. Czuje niepokój. Drży. Spłyca oddech. Znowu idę po tych samych kafelkach. Znowu płyn do dezynfekcji. Charakterystyczny zaduch. Jarzeniówki. 

 

Gabinet. Lekarz. Studenci. Odpowiedzi na te same pytania. A po drodze jeszcze jedno nieporozumienie, przez które lądujemy na oddziale. Kontrola. Spektakularny pokaz niekompetencji i braku profesjonalizmu, którego nie chce mi się nawet opisywać. Znowu plakietka na piersi, która powinna budzić respekt, wywołuje jedynie podejrzliwość i strach. A także litość, niedowierzanie i złość, że cierpi na tym moje dziecko. 

 

Nothing ever changes. Nienawidzę szpitali.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Udostępnij ten post:
Facebook
WhatsApp

Zapisz się na darmowy newsletter

Zobacz również