Wszystko będzie dobrze- pierwsza książka, przy której płakałam

Nigdy nie płakałam podczas czytania książki. 

Nigdy.

Do dziś.

 

“Wszystko będzie dobrze”- któż z nas nie chciałby wierzyć w prawdziwość tych słów. Są zapewnieniem, afirmacją, obietnicą, życzeniem. A jednocześnie podkreślają, że nie wszystko jest tak, jakbyśmy chcieli. Odnoszą się do przyszłości. Zawierają w sobie jakąś wizję, nadzieję, tęsknotę. Niektórym dodają otuchy, dla innych brzmią jak zobowiązanie.

 

Historię Noah śledziłam od początku. Wraz z tysiącami innych osób, chciałam żeby zakończyła się inaczej. Liczyłam na cud. Jestem racjonalna. Mało jest we mnie wiary w niemożliwe. A jednak, jeśli chodzi o zdrowie i życie dziecka, to wszystko nie ma najmniejszego znaczenia. 

 

Wiem, bo sama kiedyś siedziałam na oddziale intensywnej terapii, prosząc o to, byśmy nie musieli się żegnać, zanim jeszcze w ogóle się poznaliśmy. I choć chciałabym powiedzieć, że to był tylko moment, który pamiętam, jak przez mgłę, pod powiekami wciąż mam obrazy, nienaruszone przez czas.

 

Być może dlatego tak bardzo poruszyła mnie ta historia. Jest to opowieść, którą można przeczytać jednym tchem, a jednocześnie nie sposób to zrobić, ze względu na ładunek emocjonalny, który ze sobą niesie. 

 

Opowieść, której puentę doskonale znałam, a mimo wszystko liczyłam, że na kolejnych stronach przeczytam inne zakończenie. 

 

Opowieść, która nigdy nie powinna się wydarzyć, a jednak miała miejsce.

 

W idealnym świecie, dzieci w ogóle nie powinny chorować. Szpitalne oddziały nie powinny być miejscem, które znają bardziej niż przytulny dom. Małe rączki i stópki są przystosowane do innego świata, w którym jest miejsce na wszystkie kolory tęczy, a nie tylko wszechogarniającą biel odbijającą się od ścian, fartuchów i szczebelków łóżek. Powinny czuć ciepło słońca na skórze, zamiast nieustannie świecących jarzeniówek. Wsłuchiwać się w dźwięki pozytywek i dziecięcych piosenek, nie dźwięki aparatury i słowa, które nigdy nie powinny być o nich. 

 

A rodzice? Nigdy nie powinni być zmuszeni, by opuścić własne dziecko. By patrzeć, jak ktoś traktuje je jak kolejnego pacjenta, podobnego do wszystkich, którzy byli przed i tych, którzy będą po nim. Bez imienia, płci i tożsamości. Nie powinni wybierać pomiędzy opcjami, z których żadna nie zakończy się happy endem. Patrzeć na cierpienie własnego dziecka i jednocześnie wciąż o coś walczyć. O komfort. O godność. O rzeczy, które powinny przysługiwać im z urzędu. Niezależnie od niczyjej dobrej woli, czy “lepszego dnia”. 

 

A jednak… 

 

Niby wiemy, że tak jest, ale kiedy o tym czytamy, zasłyszane i anonimowe historie, docierają do nas ze zdwojoną siłą. Zaczynają mieć konkretnych bohaterów, czas i miejsce akcji. Przestają być czymś odległym, co dzieje się gdzieś, kiedyś, komuś. Są tutaj. Bliżej niż byśmy chcieli. Uświadamiają nam kruchość wszystkiego, co nas otacza. Dzięki nim zaczynamy zdawać sobie sprawę, że nie zawsze wszystko musi iść zgodnie z planem. Że to, co do tej pory było czymś oczywistym, wcale takim nie jest. 

 

Historia Noah to lekcja. Najpiękniejsza i najtrudniejsza z możliwych. Uczy pokory i wdzięczności. Za to, co jest, nawet jeśli często myślimy, że do szczęścia potrzeba nam czegoś zupełnie innego. To świadectwo miłości- czystej, szczerej i bezwarunkowej. Takiej, która mogłaby góry przenosić, a jednocześnie wymaga jedynie obecności. Bycia obok. Trwania. Trzymania za rękę. A to czasem zadanie najtrudniejsze z możliwych. 

 

Z Anitą spotkałam się raz. W przelocie. Zanim powstała ta książka. Żałuję, że nie mogłam jej za nią podziękować osobiście.

 

Więc robię to dzisiaj. Dziękuję…  

 

Dzięki Tobie historia Noah nie kończy się na ostatniej kropce.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Udostępnij ten post:
Facebook
WhatsApp

Zapisz się na darmowy newsletter

Zobacz również