Podobno do wszystkiego da się przyzwyczaić. Ze wszystkim oswoić. Nabrać dystansu. Przywyknąć. Zaadaptować. W miarę upływu czasu, liczne trudności przestają robić na nas wrażenie. Traktujemy je jak element życia. Jak rzeczy w tle. Jak coś naturalnego, oczywistego. Jak kolejny fragment codzienności. Fragment, który jej całkowicie nie definiuje. Nie odgrywa głównej roli. Nie dominuje nad wszystkim tym, co dzieje się dookoła. Nad wszystkim tym, co jest obok i pomiędzy. Z czasem, zaczynamy bowiem dostrzegać, że jest coś “poza”. Poza cierpieniem, bólem, żalem, żałobą i stratą. Że są też inne kawałki, które w tej układance również mają swoje miejsce. Kawałki, których wcześniej nie dostrzegaliśmy, zbyt zaślepieni tym, co przydarzyło nam się złego, co nam odebrano, co miało być “jakieś”, a jest zupełnie inne.
Bilet w jedną stronę
Kiedy doświadczamy licznych trudności, myślimy, że wali nam się świat. Że nie ma już co zbierać. Że to koniec. Bilet w jedną stronę. Że tego nie przetrwamy. Że sobie nie poradzimy. Że nie udźwigniemy tego, co nas spotkało. Nie widzimy światełka w tunelu. Żadnej nadziei. Żadnej wizji przyszłości. Rozglądamy się dookoła przyjmując kolejne ciosy i zastanawiając się “ile k…a jeszcze?” Budujemy pancerz. Zbroję, mającą ochronić nas przed światem. Umożliwić przyjmowanie kolejnych uderzeń, do których coraz bardziej się przyzwyczajamy. Myślimy, że widzieliśmy już wszystko, że wszystko jesteśmy w stanie przewidzieć, że nic nas już nie zaskoczy. Zawsze i wszędzie spodziewamy się najgorszego, ale nie spodziewamy się jednego…
Niespodziewana wymiana
Kiedy zostałam matką dziecka z niepełnosprawnością myślałam tylko o tym, jak wielkie czeka mnie poświęcenie. Z ilu rzeczy będę musiała zrezygnować. Ile z siebie dać. Myślałam o wszystkim tym, o co uszczupli się mój świat. Czego już nigdy nie zrobię. Czego nie doświadczę. Co muszę bezpowrotnie pożegnać. Moja nowa rola kojarzyła mi się z jednym wielkim wyrzeczeniem. Z rezygnacją z siebie. Z ofiarą, którą będę musiała złożyć na ołtarzu macierzyństwa. Z wiecznym i niekończącym się dawaniem. Czasu, energii, pieniędzy, zdrowia. Ale wiecie co? Kompletnie nie zakładałam tego, ile z tego będę brać (i że cokolwiek!). Że będzie to obopólna relacja. Dwukierunkowa. Wnosząca wiele dla każdej ze stron. I kiedy myślałam, że nic mnie już nie zaskoczy (no bo jakie było prawdopodobieństwo tak rzadkiej mutacji genetycznej?! Odpowiadam- znikome…), okazało się, że zaskoczyło mnie WSZYSTKO.
Że można tak kochać kogoś, kto dla reszty świata jest tylko obciążeniem, kimś słabym, bezużytecznym, bezproduktywnym. Że można być wdzięcznym za coś, czego wcześniej nawet się nie dostrzegało, traktując jak coś oczywistego, czemu nie warto poświęcać uwagi. Że można tyle czasu funkcjonować bez snu. Przeklinać wszystko i wszystkich dookoła, by rano znów rozczulać się nad widokiem małych rączek i ciepłych policzków, które jeszcze przed chwilą miało się ochotę wyeksmitować najdalej, jak to tylko możliwe. Że kiedy odliczasz dni do rozpoczęcia roku szkolnego, żeby pobyć wreszcie chwilę sama, a mąż mówi, że “jeszcze będziesz tęsknić”, ty myślisz “daje sobie rękę uciąć, że nie”. I wiecie co? Byłabym bez ręki. Że można odkryć własną drogę, przechodząc przez wszystkie odcienie emocji, jakie tylko można sobie wyobrazić. Że można zobaczyć w tym sens. Że można przewartościować całe dotychczasowe życie, dostrzec w nim inną jakość, inny wymiar. Że można zobaczyć kolejne horyzonty, wcześniej nieznane, nie tylko na zewnątrz, ale także w środku. Że będzie to także droga do poznania siebie i rozwinięcia własnego potencjału na wielu różnych poziomach. Że doświadczenie to może być naszą największą słabością i jednocześnie największą siłą. Siłą, o której istnieniu nie miało się pojęcia, a która teraz rozwija się każdego dnia. Podobnie, jak wiele innych cech.
Wzruszam się, kiedy to piszę. To słodko-gorzkie doświadczenie nauczyło mnie tak wiele… I wiem, że nie tylko mnie.
Opowieść, którą piszemy na nowo
Na ostatnich spotkaniach grupy wsparcia dla mam OzN dużo rozmawiałyśmy o własnej drodze. O wszystkich trudnościach, które pokonałyśmy, by być w miejscu, w którym teraz jesteśmy. W miejscu, które kiedyś wydawało się tak odległe i nieosiągalne. O tym, czego to od nas wymagało, a także co w nas rozwinęło. Każda nosi w sobie inną historię. To, jak o niej myślimy i opowiadamy kształtuje to, jak postrzegamy w niej siebie. Gdy doświadczamy różnych trudności, bardzo często wszystko kręci się wokół nich. Nasza autonarracja to opowieść o bólu, cierpieniu, stratach i wszystkich trudnościach, na które wystawiło nas życie. Zawężamy optykę do problemów. Stawiamy je w centrum. To naturalne. Na szczęście nie zawsze musi takie być. Mamy bowiem wpływ na to, jak myślimy o wszystkim tym, co nas spotkało i jak kształtuje to naszą dalszą drogę. Nie jest to coś, co nie podlega zmianom. W każdym momencie możemy bowiem dokonać re-autoringu. Odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Przedefiniować jego bieg.
I wcale nie chodzi o to, żeby zaprzeczać temu, co nas spotkało. Wszystko to jest częścią nas. Chodzi o to, by świadomie poszukać i wydobyć na światło dzienne drugą, często ukrytą, równoległą opowieść: historię naszej siły, naszej odporności i naszych umiejętności, które dzięki temu ukształtowałyśmy. Zdać sobie sprawę z tego, że nawet w najciemniejszych momentach, podejmowałyśmy decyzje, kochałyśmy i działałyśmy zgodnie z tym, co dyktowało nam serce. Że, co by nie mówić, dałyśmy radę! Na swój własny, unikatowy sposób. Najlepiej, jak w danej chwili potrafiłyśmy.
Trafnie podsumowuje to przepiękny cytat Nataszy Sochy, który znajdziecie w książce “Obiecaj, że będziesz pić kawę o poranku”:
“…myślałam, że świat się skończył. Ale potem zrozumiałam, że to nieprawda. To my po prostu zamykamy oczy i udajemy, że go nie widzimy. Bo nic już na nas nie czeka. (…) W pewnym momencie zrozumiałam, że życie to nie suma strat, tylko to, co się robi pomiędzy nimi”.
Tak bardzo się z tym zgadzam… Gdzieś pomiędzy jest cały wszechświat. Gdzieś pomiędzy chcę żyć swoje najlepsze życie. Życie “pomimo”. Bo to “pomimo” zawsze ze mną będzie.
Wszystkie kolory tęczy
Wczoraj pół dnia przerabialiśmy fotelik rowerowy, aby sprostał potrzebom naszego dziecka. Potem kolejne pół dnia go montowaliśmy. Aż w końcu przyszedł moment, kiedy mogliśmy wypróbować, czy sprawdzi się u nas takie rozwiązanie. I wiecie co? Cudne to było doświadczenie, jechać z synkiem tuż obok, a nie w przyczepce gdzieś z tyłu. Móc dotkąć jego rączki. Sprawdzić, czy jest ciepła.
Tak często chcemy zaprzeczać własnym trudnościom lub pozbyć się ich ze swojego życia. Tak często chcemy je wymazać, wygumkować, udawać, że nas to nie dotyczy. Tymczasem, wokół nich można zbudować coś pięknego. Wokół tej wielkiej czarnej kropy, którą chcielibyśmy zetrzeć lub przysłonić, jest miejsce na wszystkie kolory tęczy.


