Jak często myślisz o tym, żeby coś zmienić?
Że coś nie jest takie, jak być powinno?
Że trzeba na to wpłynąć, zmodyfikować, przekształcić, naprawić?
Wielu z nas patrząc na swoje życie widzi jedynie TO- zaprzepaszczone szanse, utracone nadzieje, porażki, błędy, potknięcia, niewykorzystane okazje, scenariusze, które się nie wydarzyły.
Lubimy myśleć “co by było, gdyby…”. Lubimy obwiniać siebie za wszelkie trudności, których doświadczamy. Bo przecież “gdybym wtedy bardziej się postarała, gdybym zrobił inaczej, gdybym wybrała lepiej…”. Lubimy projektować alternatywne wizje. Snuć narrację o tym, co mogłoby się wydarzyć, a także o tym, co jeszcze przed nami.
Wyobrażamy sobie swoją przyszłość. Często bajkową. Zamykającą się w stwierdzeniu “żyli długo i szczęśliwie”. A potem nagle pojawia się ONA. Choroba, niepełnosprawność, dysfunkcja. A wraz z nią wszystko to, co ze sobą niesie: niepewność, strach, lęk, stres. Samotność i zależność.
To coś, czego się nie spodziewaliśmy. Coś, co przytrafia się innym, ale nie nam. Coś o czym czasem słyszy się w radio, czyta w gazecie, zna z opowieści. Coś abstrakcyjnego. Będącego do tej pory gdzieś obok, a od teraz już zawsze w środku. Naszej historii, naszego życia i tego, co dzieje się w nas.
Nie przyjmujemy jej z otwartymi ramionami. Nie rozkładamy czerwonego dywanu. Nie witamy szampanem. Próbujemy zamknąć przed nią drzwi. Wyprosić na zewnątrz. Pokazać środkowy palec. Chcemy zawrócić bieg wydarzeń. Naprawić to, co się da.
Jeździmy, szukamy, czytamy, pytamy. Wizyta za wizytą, terapia za terapią, turnus za turnusem. Konsultacje, badania, opinie, leczenie, rehabilitacje, hospitalizacje. Niekończąca się odyseja. Tułaczka od gabinetu do gabinetu. Próba desperackiego przejęcia kontroli nad tym, co nas spotkało.
Bywają sytuacje, które poddają się naszym oddziaływaniom. Na które mamy wpływ. Które leżą w granicach naszych możliwości. Ale nie zawsze tak jest. Są rzeczy, których nie przeskoczymy, nie wypracujemy, nie wymusimy. Wie o tym każdy rodzic dziecka z dużymi wyzwaniami rozwojowymi, niepełnosprawnością sprzężoną, czy chorobą genetyczną, w którą wpisany jest brak szans na samodzielność.
Co wtedy?
Często… zupełnie nic. Pragnienie zmian nadal pozostaje. Nadal działamy. Nadal zmieniamy. Nadal jeździmy wszędzie, gdzie się da. Nawet, jeśli nie widać efektów. Nawet jeśli zabiera to więcej, niż wnosi. Nawet, jeśli ograbia nas z zasobów. A nasze dzieci z dzieciństwa, które siłą rzeczy wygląda inaczej niż u rówieśników.
Kiedyś bardzo mocno zatrzymało mnie jedno zdanie “Jak ty byś się czuła, gdyby twój mąż, ukochany brat czy siostra bez przerwy patrzyli na ciebie tak, jakby chcieli, byś była kimś innym?”
Pamiętam taki czas, kiedy ilość terapii nie mieściła nam się w dobie. Kiedy codziennie przeżywałam stres, czy wszędzie zdążymy, czy moje dziecko wpisze się w schemat, czy dopasuje się do planu, który tak pieczołowicie opracowałam. Wystarczyła nieprzewidziana drzemka, konieczność przebrania w nieodpowiednim momencie, czy przedłużające się karmienie, żeby wszystko sypało się jak domek z kart. Efekt domina. Nie było czasu na zabawę, nie wychodziliśmy na spacer, nie widywaliśmy się z innymi dziećmi (chyba, że w przelocie, na materacu). Był tylko pęd.
Nie zrozumcie mnie źle. Nie chodzi o to, żeby nie robić nic. Chodzi o to, by robić to inaczej. Szanując granice- własne i dziecka. W zgodzie z potrzebami naszej rodziny i z możliwościami, które aktualnie mamy. Wiem, że bardzo trudno jest zmienić to myślenie. Jak trudno przyjąć, że więcej nie zawsze znaczy lepiej. Że są rzeczy, na które nie poddają się naszej kontroli. Które trzeba zaakceptować i nauczyć się z nimi żyć. Nie szukać wpływu tam, gdzie z założenia go nie mamy.
Kiedy próbujemy kontrolować niekontrolowalne, tracimy z oczu coś bardzo ważnego. Szukamy zmiany nie w tym miejscu, w którym jest ona możliwa.
Szukamy jej w wynikach badań, w nowych metodach, w postępach dziecka. A prawdziwa zmiana- ta, która przynosi ulgę- może wydarzyć się także w nas.
Na siebie mamy wpływ. Możemy zmienić to, jak interpretujemy rzeczywistość, jak podchodzimy do własnych potrzeb i emocji, czy jesteśmy dla siebie surowymi krytykami, czy wspierającymi przyjaciółmi.
Nie sprawia to, że diagnoza znika. Nie wymazuje niepełnosprawności. Nie redukuje codziennych wyzwań. Ale sprawia, że jest nam z nimi lżej. Że przestajemy walić głową w mur. Walczyć z wiatrakami. Że odzyskujemy sprawczość tam, gdzie naprawdę ją mamy- w obszarze własnej głowy i serca.
To jest proces. Trudno przejść go w pojedynkę, gdy świat wciąż krzyczy: „walcz!”, „więcej!”, „szybciej!”. Dlatego tworzę przestrzeń, w której będziemy mogły/li przyjrzeć się sobie. Zaopiekować w codziennych sprawach, porozmawiać o nich w bezpiecznym miejscu.
Nie będzie tu oceniania, kto ma lepiej, kto gorzej. Będziemy uczyć się odpuszczać to, na co nie mamy wpływu i czerpać siłę z tego, co zależy od nas.
Jeśli czujesz, że szukałaś/eś zmiany nie tam, gdzie trzeba i jesteś zmęczona/y tą gonitwą- zapraszam Cię do nas.
Zostały już ostatnie miejsca!


