Czy trzymasz się na taśmę klejącą i słowo honoru?

Jesteśmy przyzwyczajeni do nieokazywania słabości. Szkoleni do tego od najmłodszych lat. Mamy być ambitni, wyznaczać sobie cele, walczyć o to, co dla nas ważne, znosić trudy, przyjmować wszystko na klatę. Bez mrugnięcia okiem. Problemy traktować jak wyzwania. Dawać sobie radę. Nie prosić o pomoc. Osiągać sukcesy. Mieć wyniki. Wspinać się po szczeblach kariery. Udoskonalać siebie. Patrzeć na życie, jak na projekt. Kontrolować wszystkie jego aspekty, a przynajmniej pokazywać, że mamy je pod kontrolą. Że jesteśmy zorganizowani i zdecydowani. Stajemy na wysokości zadania. Podejmujemy wyzwania. Bierzemy byka za rogi. Przechodzimy do porządku dziennego, nawet jeśli w środku szaleje burza. 

 

Wielu z nas- rodziców i opiekunów OzN- trzyma się na taśmę klejącą. Na patyk i sznurek. Na ślinę. Na słowo honoru. Nasza konstrukcja bywa niestabilna, chwiejna i bardzo fasadowa. Z zewnątrz sprawiamy wrażenie “ogarniaczy życia”, w środku walczymy, aby przetrwać każdy dzień. Trzymamy się resztkami sił. Jesteśmy zdeterminowani. Zakładamy zbroję mającą uchronić nas przed kolejnymi ciosami. Zbroję, która sprawia, że ledwo się poruszamy. Odgradzamy się od świata, a często także od samych siebie. 

 

Nie traktujemy poważnie zagrożeń wynikających z zaniedbania własnych potrzeb. Czasem nawet jesteśmy z tego dumni. Podkreślamy to, ile robimy, jak wiele mamy obowiązków, jak bardzo się staramy. Co w rzeczywistości często oznacza ogromne poświęcenie i utratę własnego “ja”. Nawet, jeśli mówimy, że wiemy jak ważne jest dbanie o siebie, często wcale tak nie myślimy. Do końca utrzymujemy, że nie potrzebujemy pomocy. Że należy się ona innym, zależnym od nas. Że my przecież dajemy sobie radę. Jesteśmy zdrowi, sprawni i mamy taką możliwość. W przeciwieństwie do naszych podopiecznych. Niepostrzeżenie nasze ciało staje się narzędziem do opiekowania się drugim człowiekiem. I choćby zalewały nas coraz wyższe fale, będziemy machać ku plaży, wykrzykując: “Nie, nie, bawcie się, nic mi nie jest”.

 

A kiedy już zdecydujemy się sięgnąć po pomoc, często robimy to dla innych. Dla dzieci, dla męża, żony, ojca, matki. Żeby lepiej się nimi opiekować, być bardziej sprawnymi i wydajnymi. Żeby dłużej dawać radę. Udzielamy pomocy i wsparcia jeszcze długo po tym, jak wyczerpią się nasze ostatnie źródła energii i traktujemy to, jako coś normalnego. Element codzienności. Jesteśmy sfrustrowani własnymi ograniczeniami. Tym, że zaczynamy chorować, tracić energię i siły. Że nasze ciało zawodzi, odmawia posłuszeństwa. Chcielibyśmy być twardzi i niezłomni. Nie uginać się pod ciężarem codziennych trosk. 

 

Tak wiele z siebie dajemy innym, że często nie zostaje nam już nic dla siebie samych. Samoopiekę traktujemy jak luksus i coś, na co nie możemy sobie pozwolić. Jak kolejny obowiązek, na który nie mamy czasu, siły, a często także ochoty. Boimy się, że gdy poprosimy o pomoc i przyznamy się do swoich trudności, zupełnie się rozsypiemy. Że tama pęknie. Że będzie gorzej. Że smutek zaleje nas po uszy. Obawiamy się własnych łez. Opuszczenia gardy. Spotkania z niewygodnymi emocjami, o których na co dzień staramy się nie myśleć. O których nie mówimy nikomu. 

 

Ten lęk jest naturalny. To mechanizm obronny. Chroni przed bólem. Ale nie sprawi, że emocje znikną. One wciąż są. Pozostają w ukryciu. Są pieśnią codzienności. Ciężarem, który dźwigamy samotnie. Trzymamy w środku. A to kosztuje często więcej energii niż dzielenie się tym ze światem. 

 

Kiedyś sama tam byłam. Patrzyłam na życie przez przyłbicę, zaciskałam zęby, zaciskałam pięści w kieszeniach. Teraz wiem, że wcale nie musi tak być. Dlatego tworzę przestrzeń, w której będziemy mogli ściągnąć zbroję. Być sobą. Stanąć w prawdzie. Porozmawiać o tym, co trudne i piękne. Podzielić się własnymi doświadczeniami, opowiedzieć swoje historie. To miejsce powstaje z potrzeby serca i głębokiej świadomości tego, jak ważna jest wspólnota. 

 

Wiem, że wielu z Was może się wahać, gdy patrzycie na formularz zgłoszeniowy. Ręka może zawisnąć nad przyciskiem „Wyślij”. Może pojawić się lęk. Niepewność. Wątpliwości. Często słyszę “boję się, że rozpadnę”, “nie mam siły, żeby słuchać o problemach innych”, “to nie dla mnie”. Obawy te są naturalne. Boimy się tego, czego nie znamy. 

 

Ale grupa wsparcia nie jest po to by przytłaczać. Ona daje przestrzeń, by wyrzucić z siebie to, czego często nie można powiedzieć nigdzie indziej. Sprawia, że jest nam lżej. Przynosi ulgę. Buduje więzi. Daje poczucie, że są ludzie, którzy nas rozumieją i mają podobnie. Że nie jesteśmy sami. 

 

Możesz tu przyjść i po prostu być. Nawet w kawałkach.

 

Jeżeli czujesz, że chciałabyś/chciałbyś spróbować, wypełnij formularz na stronie 

 

https://bezinstrukcji.pl/

 

Czekam tu na Ciebie!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Udostępnij ten post:
Facebook
WhatsApp

Zapisz się na darmowy newsletter

Zobacz również