Podobno człowiek jest kowalem własnego losu. Mając w ręce odpowiednie narzędzia, potrafi nadawać mu preferowany kształt. Może przecież podejmować decyzje, dokonywać zmian, działać na swoją rzecz. Może wyznaczać sobie cele i dążyć do ich realizacji. Wybierać to, co mu służy.
Narracja ta podkreśla sprawstwo. Kryje się za nią przekonanie, że jeśli tylko odpowiednio się postaramy, uda nam się osiągnąć to, co sobie założymy.
Historię tę odpowiadają zazwyczaj osoby, którym coś wyszło, które zrealizowały swoje marzenia, urzeczywistniły plany, osiągnęły sukces. Podkreślają tym samym swoje zasługi, siłę i determinację oraz wiarę w to, że mogą kontrolować wszystko, co pojawia się na ich drodze.
Nasza kultura promuje etos jednostki, która walczy o swoje prawa i siłą woli pokonuje wszystkie trudności. Jest self-made-manem. Kimś niezależnym, decyzyjnym, skutecznym. Współczesny świat próbuje nas przekonać o tym, że osiągnięcie pewnych celów jest wyłącznie wypadkową zaangażowania, determinacji i wewnętrznej decyzji.
W końcu chcieć to móc. Wszystko zależy od Ciebie. Dla chcącego nic trudnego. Granice istnieją tylko w Twojej głowie. Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. Jak się chce, to się da.
A jeśli się nie udało… Cóż. Znaczy, że za mało się starałaś/eś.
Nie manifestowałaś/eś. Nie wizualizowałaś/eś. Nie pragnęłaś/ąłeś wystarczająco.
Wszak wszystko to, co nas spotyka, jest wyłącznie naszą zasługą lub naszą winą.
Nie ma w tym nic złego, że jako ludzie chcemy być sprawczy. Oddziaływać na rzeczywistość. Mieć na nią wpływ.
Wyobraźmy sobie jednak, że naprawdę wszystko zależy od nas. Jak Wam to brzmi? Czy widzicie w tym szansę, czy może odpowiedzialność, która przytłacza?
W przekonaniu tym, które przecież może dodawać nam skrzydeł i motywować do działania, jest jednak pewien haczyk. Nie uwzględnia ono zewnętrznych okoliczności. Czynników sytuacyjnych. Wszystkiego tego, co dzieje się naokoło i wywiera na nas wpływ. Jest w nim także ukryte założenie, że skoro wszystko jest w naszych rękach, to ręce te zawsze muszą być silne i dźwigać to, co podrzuca nam życie. Najlepiej samodzielnie. To w końcu tylko i wyłącznie nasza sprawa.
Myśląc w ten sposób, bardzo łatwo możemy obwiniać siebie za wszelkie niepowodzenia. Widzieć w napotkanych trudnościach wyłącznie wynik własnych zaniedbań, niedopatrzeń, uchybień. Frustrować się, że coś nie wychodzi nam tak, jakbyśmy chcieli. Próbować zmienić to, na co zupełnie nie mamy wpływu. W symbolicznym sorterze, wciąż próbować włożyć kółko do trójkąta i wciąż dziwić się, że nie pasuje, bo ktoś kiedyś kazał nam uwierzyć, że zawsze i wszędzie chcieć = móc.
A my lubimy wierzyć w takie rzeczy. Nasz mózg lubi porządek. Chętnie szufladkujemy, nadajemy etykiety, upraszczamy, aby coś było zgodne z naszą wizją. Często myślimy w czarno-biały sposób. Chcemy, żeby świat był sprawiedliwy, logiczny, bezpieczny i przewidywalny. Jest w nim jednak znacznie więcej szarości, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
To, że coś nam nie wychodzi, nie zawsze oznacza, że staramy się za mało. Nie wszystko da się zmienić. A my nie musimy próbować za wszelką cenę. Ani znać odpowiedzi na każde pytanie. Kończyć wszystkiego, co zaczęliśmy i nigdy nie zmieniać zdania.
Nie musimy. A jednak zaskakująco często tak właśnie robimy. Żeby zyskać uznanie. Żeby przynależeć. Żeby nie odstawać.
Wpisujemy się w to, czego oczekują od nas inni i podążamy tą drogą, wierząc, że jeśli tylko odpowiednio się postaramy, uda nam się osiągnąć to, czego wymagamy od siebie i czego wymaga od nas świat.
Przekonanie o własnej sprawczości nie jest niczym złym, o ile dopuszcza alternatywne scenariusze. Nastawiając się pozytywnie do wyzwań, które przed nami, możemy sprzyjać ich realizacji, otwierać się na nowe pomysły i rozwiązania. Kiedy wyobrażamy sobie korzystny przebieg podejmowanych przez nas działań, wydają się one w zasięgu ręki, a to wzmacnia naszą motywację do ich podejmowania. Przestajemy widzieć wyłącznie przeszkody, ale zauważamy także wszystko to, co nam sprzyja.
Nasz mózg nie odróżnia tego, co sobie wyobrażamy, od tego, czego faktycznie doświadczamy. W jednym i drugim przypadku, aktywuje te same obszary. Nie oznacza to jeszcze, że wystarczy jedynie o czymś myśleć, aby plany stały się rzeczywistością. Do tego potrzebne są konkretne działania i tzw. aktywny optymizm, czyli wiara w sukces połączona z wysiłkiem i własną inicjatywą. Dopiero to pozwala nam próbować, działać i dążyć do celu. Patrzeć na sytuacje z wielu różnych punktów widzenia, a kiedy coś nam nie wychodzi- ponownie oceniać własne położenie. Zastanawiać się nad tym, jak rozwiązać problemy, które stają nam na drodze, a własnym działaniom nadawać znaczenie i sens.
Nasze nastawienie nie jest magiczną różdżką, która zmienia rzeczywistość, ale zmienia sposób, w jaki jej doświadczamy. Zawsze możemy wybrać, czy jesteśmy surowym kowalem, który w pocie czoła próbuje wykuć to, co niemożliwe, czy łagodnym towarzyszem, przeprowadzającym nas przez życiowe przeszkody. Takim, który wie kiedy walczyć, a kiedy po prostu usiąść i odpocząć, akceptując, że niektóre klocki w naszym sorterze mają inny kształt.
Doceńmy wszystkie swoje starania, niezależnie od tego, czy efekt końcowy dorówna motywacyjnym hasłom, które na co dzień słyszymy. Kiedy przestajemy robić rzeczy za wszelką cenę, pojawia się więcej przestrzeni na bliskość, uważność i wewnętrzny spokój.


