Dlaczego tak trudno jest nam cierpieć?

Przeczytałam dziś takie zdanie:

 

“Trudno wyobrazić sobie ludzkie życie bez choćby odrobiny cierpienia, a jednak większość z nas nie ma pojęcia, co robić, gdy cierpimy”. 

 

Mark Epstein “Trauma codzienności”

 

Wielu z nas nie potrafi zaopiekować się sobą w cierpieniu. Przyjąć tego stanu. Zaakceptować, że on jest i będzie się pojawiał. Bywa, że wiele czasu i uwagi poświęcamy na zaprzeczaniu doświadczanym trudnościom, na przeciwstawianiu się temu, co jest. Dzieje się tak wtedy, kiedy dostajemy od życia coś, czego wcale nie chcieliśmy lub kiedy nie dostajemy tego, na co akurat mieliśmy ochotę, co planowaliśmy, o czym marzyliśmy. Nie chcemy przyjąć rzeczywistości takiej, jaka ona jest, kiedy nie podoba nam się to, co się dzieje, kiedy uważamy, że nasze bieżące doświadczenie powinno być inne niż jest. 

 

Chcielibyśmy funkcjonować bez bólu, bez cierpienia. Żyć lekko, łatwo i przyjemnie. Do tego zaprasza nas także współczesny świat. Mamy być szczęśliwi, spełnieni, rozwijać się, spełniać marzenia, mierzyć wysoko. Otacza nas “tyrania szczęścia”, “toksyczna pozytywność”, nastawienie na nieustanne odczuwanie przyjemności. Nie chcemy przeżywać trudnych emocji i nie dajemy do nich prawa innym. Chcemy mieć pozytywne nastawienie, czuć “pozytywne emocje”, mieć udane życie. Kiedy tak nie jest, czujemy, że nie pasujemy. Że odstajemy od reszty. Że coś z nami jest nie tak. Że szybko powinniśmy przywołać się do porządku, sprowadzić na właściwe tory. Przez to, że chcemy być akceptowani społecznie i przynależeć do grupy, często wypieramy więc to, co złe. Udajemy przed sobą samym i przed innymi, że wszystko u nas w porządku. Że sobie radzimy. Że wszystko mamy pod kontrolą.

 

Opór ten wynika z tego, że nie chcemy czuć się w określony sposób. Przyznać do tego, że jest nam trudno. Doświadczyć cierpienia. Im większy ból nosimy w sercu, tym większy opór czujemy przed jego odczuwaniem. Wierząc, że działamy w słusznej sprawie, stosujemy różne mechanizmy obronne, by nie myśleć o tym, co nas dotyka, porusza i stanowi źródło naszego cierpienia. Odcinamy się od smutku, usuwamy ze świadomości bolesne myśli, wspomnienia, uczucia, zaśmiewamy problemy, uciekamy w nałogi, w pracę, w działanie, w ciągłe bycie “zajętym”, obwiniamy innych o własne niepowodzenia i trudności, znajdujemy logiczne wytłumaczenia dla własnych zachowań i wiele, wiele innych.

 

W ten sposób chronimy się przed lękiem, stresem i trudnymi emocjami wynikającymi z wewnętrznych konfliktów lub zewnętrznych zagrożeń. Dzięki mechanizmom obronnym udaje nam się zachować status quo. Chcemy czuć równowagę i stabilność emocjonalną, kosztem pewnych zniekształceń, których w związku z tym się dopuszczamy. Często nieświadomie. Nie ma w tym nic złego. Czasem ratuje nam to życie. Pomaga nam radzić sobie z traumą, przechodzić przez kryzysy, chronić samoocenę. Problem pojawia się wtedy, gdy staje się to naszym podstawowym i sztywnym sposobem radzenia sobie z rzeczywistością. 

 

Myślimy, że taka postawa przybliża nas do szczęścia. Że oddalając od siebie trudy, będzie nam łatwiej. Tymczasem, jest zupełnie odwrotnie. Badania przeprowadzone przez Iris Mauss w 2011 roku wykazały, że osoby nadmiernie skoncentrowane na byciu szczęśliwymi często doświadczają mniejszego poczucia szczęścia i większego poziomu stresu. Badaczka nazwała to zjawisko „ironią szczęścia”. Im większa presja na radość, tym większe poczucie winy, kiedy tego stanu nie doświadczamy. Im bardziej czujemy, że powinniśmy być szczęśliwi, tym mniej szczęśliwi tak naprawdę jesteśmy. Często za to zaczynamy to szczęście udawać. I tak błędne koło się zamyka. 

 

Opieranie się nieprzyjemnym doświadczeniom nie sprawia, że znikają. Wręcz przeciwnie. Bywa, że stopniowo narastają, aby w najmniej oczekiwanym momencie uderzyć w nas ze zdwojoną siłą. Jak możemy więc temu zapobiec? Konfrontując się z nimi. Słowo to źle nam się kojarzy. Przywołuje na myśl konflikt, zatarg, walkę o dominację. Jest to jednak także zetknięcie się ze sobą różnych zjawisk, poglądów, postaci. Bycie w kontakcie. I to właśnie ten kontakt jest tak kluczowy, bo “możemy uleczyć tylko to, co odczuwamy”. To dyskomfort daje nam bowiem znać, że coś jest “nie tak”. Że coś wymaga naszej uwagi, naszego działania. Dyskomfort na poziomie ciała, ale także duszy. 

 

Zapraszanie siebie do tej uważności jest jednym z elementów kursu Mindful Self- Compassion, który rozpocząłam na początku września. Wcale nie jest to dla mnie oczywista sprawa. Bardzo trudno jest mi się zatrzymać. Dosłownie i w przenośni. Moje myśli pędzą naprzód, planując kolejne działania. Moje ciało jest w ciągłej gotowości do tego, aby coś zrobić, bo (jak zostałam nauczona) zawsze lepiej jest robić coś niż nic. Ciągle poszukuję nowych wrażeń. Porywa mnie wiele spraw. Angażuję się. Gnam przed siebie, nie patrząc się na boki. Na boki ani do środka. To zdecydowanie nie mój kierunek. To kierunek, którego muszę się nauczyć. Nie muszę. Chcę.

 

Wiem, że uważność i samowspółczucie pozwoli mi nawiązać ze sobą kontakt, zbudować relację opartą na zaufaniu i wierze we własne możliwości, że da mi szansę poczuć się bezpieczniej, zaakceptować to, co mnie spotyka i zaopiekować się sobą, kiedy to się dzieje.

 

A jak Wy radzicie sobie z presją bycia szczęśliwym?

 

Czy zdarza Wam się uciekać przed trudnymi emocjami? Co Wam wtedy pomaga?

 

Jak oswajacie swój własny dyskomfort?

 

Co dla Was oznacza prawdziwe zaopiekowanie się sobą w cierpieniu?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Udostępnij ten post:
Facebook
WhatsApp

Zapisz się na darmowy newsletter

Zobacz również